Hong Kong Story. Part One.

 

Hong Kong Story. Part One.
Hong Kong.

 

Dzisiaj będzie bardziej turystycznie, czyli o tym, co można zobaczyć w Hong Kongu idąc trasą wytyczoną przez przewodnik (choć nie tylko). Nie ukrywam, że ten wyjazd był naszym pierwszym, przed którym faktycznie zrobiliśmy listę „must see” zamiast włóczyć się na oślep po mieście.

A więc po kolei..

 

 

Hong Kong słynie z wielu świątyń i miejsc kultu ale jednym z najbardziej znanych jest klasztor Po Lin oraz stojący na szczycie wyspy Lantau pomnik Wielkiego Buddy. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jest największym na świecie tego typu pomnikiem pod gołym niebem oraz, co wydaje mi się ciekawsze, dostać się do niego można kolejką linową. Kolejka dzieli się na dwie kolejki – pierwsza to kolejka do kolejki, w której czekamy ok 1,5h na wejście a druga to kolejka właściwa, której trasa rozciąga się nad zatoką i wyżyną Ngong Ping i sam przejazd nią trwa 20min. Bardziej zarobieni mogą wybrać specjalną, w pełni oszkloną gondolę (szklana podłoga!) a ci z mniejszym budżetem muszą wyłożyć 80HK$ (+/-34pln) za bilet w jedną stronę standardową kabiną. Podróż w obie strony to 115HK$, ale my zdecydowaliśmy się na one-way ticket, by z góry móc wrócić autobusem. Podróże autobusami po wzgórzach Hong Kongu to atrakcja sama w sobie ale o tym może następnym razem.

 

 

Jaki jest sens oglądania Tian Tan Buddy? Powiem szczerze, że żaden. Podobnie jak i nie ma sensu w Krakowie iść na Wawel czy w Paryżu na wieżę Eiffla. Są właśnie takie miejsca, w których nawet jeśli się nie było, to widziało się setki jak nie tysiące zdjęć bądź słyszało milion opowieści, które sprawiają, że niemal doświadczamy bycia tam. Problem jednak pojawia się wtedy, gdy wracając z podróży wszyscy pytają „gdzie byłeś i co widziałeś?”. Kogo obchodzi, że widziałem ciężarówkę San Miguel albo najmroczniejszy kibel na świecie w knajpie w Kuala Lumpur. Wszyscy chca widoków i tzw. atrakcji turystycznych. No to dobra, czując się jak Chevy Chase w wakacjach w krzywym zwierciadle odznaczaliśmy kolejne odwiedzone miejsca i, tak, tym razem możemy powiedzieć, że byliśmy i widzieliśmy.. I, mimo całego mojego szyderczego podejścia do zwiedzania, przyznaję, że fajnie było.

 

 

Ale oprócz posągu Buddy i mieszczącego się obok klasztoru Po Lin były też inne fajne miejsca z listy „tych do zobaczenia”, które musielismy odhaczyć. Oczywiście kilka z nich jest dość dobrze znanych jak np. świątynia Man Mo przy Hollywood Road (przechodząca akurat remont…) albo buddyjski kompleks świątynny z epoki Tang znany jako Chi Lin Nunnery.

 

 

Chi Lin Nunnery mieści się na pięknie nazwanym wzgórzu Diamond Hill. Jest to jedno z ostatnich miejsc jakie odwiedziliśmy w Hong Kongu a zdecydowanie najładniejsze z tych „turystycznych”. Właściwie to, gdyby nie fakt, że śledzę kilka hongkongijskich grup na Flickrze, nawet nie wiedziałbym o tym miejscu. Niesamowita architektura, piękny ogród Nan Lian przylegający do kompleksu, mini muzeum z rycinami Buddy oraz sala z drewnianymi modelami belkowań to coś co zdecydowanie warto zobaczyć. Szczególnie zachwyciły mnie wspomniane modele, niektóre w skali 1:1 prezentujące w jaki sposób system drewnianych belek podtrzymywał dachy pałaców bez udziału gwoździ. Niestety ze względu na zakaz fotografowania w muzeum ciągle ktoś obserwował abym przypadkiem nie robił zdjęć moim czołgiem, więc mogę tylko zapewnić, że konstrukcje były niesamowicie skomplikowane i chyba wystarczy, jeśli dodam, że to właśnie chińska architektura z czasów dynastii Tang miała największy wpływ na rozwój architektury japońskiej, która uchodzi podobno za najpiękniejszą.

 

 

Jeśli już jesteśmy w Kowloonie to muszę przypomnieć historię lotniska Kai Tak, które bardzo ale to bardzo chciałem zobaczyć.

Kai Tak było pierwotnie lotniskiem wojskowym wybudowanym na dość niegościnnym skrawku lądu w połowie lat 20. Początkowo w rękach brytyjskiego RAFu, podczas II WŚ stało się własnością Japończyków, którzy przy pomocy jeńców mocno je rozbudowali. Po wojnie natomiast postanowiono zmodernizować je tak, aby przyjmowało loty cywilne i w ten sposób działało ono do roku 1998.

Skąd mój zachwyt nad tym lotniskiem i dlaczego marzyłem aby dotknąć jego płyty? Otóż mam pewną słabość do miejsc, zwłaszcza, gdy są na swój sposób wyjątkowe i, zwłaszcza, gdy przywodzą mi na myśl wspomnienia z innych miejsc. W tym przypadku jest to stare lotnisko w mojej okolicy, po którym spacerujemy z Pauliną praktycznie odkąd się poznaliśmy. Ha, nawet wspomniane w ostatniej notce San Miguel piliśmy z Bartkiem na jego płycie i wiele innych chwil jest z nim związanych. Ale wróćmy do Kai Tak..

Lotnisko jest zamknięte od 13 lat, ale jeszcze do niedawna spokojnie można było wejść przez dziurę w siatce i „pozwiedzać” okolicę. Niestety na miejscu okazało się, że prace mające na celu przekształcenie terenu zaszły już bardzo daleko i jedyne co zastaliśmy za siatką to parking dla TIRów, kupę kurzu zamiast betonu i mnóstwo robotników. Wielka szkoda..

 

 

Wizyta na Kai Tak pozostanie zatem niespełnionym marzeniem, ale żebyście wiedzieli o czym ja tu w ogóle piszę podsyłam link do filmu, na którym widać jak się lądowało na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie.

Jako, że ostatnio poruszałem temat anime, to przy okazji dodam też teraz, że to, co widzicie na powyższym filmie od 2:30, japoński reżyser Mamoru Oshii wykorzystał w jednej ze scen w rewelacyjnym „Ghost In The Shell (zaledwie kilka pierwszych sekund, choć i tak całe miasto, w którym toczy się akcja to niemal kopia Kowloonu sprzed lat).

 

 

Pisząc o miejscach, które już nie istnieją muszę poświęcić też jeden akapit dla „Miasta Ciemności”, czyli Kowloon Walled City.

Jeśli ktoś ma chwilę czasu na dokument po niemiecku z angielskimi napisami to zapraszam tutaj – jeśli nie, to poniżej poświęcę kilka słów o tym, co z map Hong Kongu już zniknęło.

 

 

Kowloon Walled City było miastem w mieście, jednym z najstarszych fortów w całym Hong Kongu, który z czasem przemieniał się w zamkniętą strukturę przylegających do siebie budynków. Historia tego miejsca sięga bardzo daleko ale to, co jest w nim najbardziej interesujące rozwijało się po kapitulacji Japończyków po II WŚ.

Od lat 50. do 70. Kowloon Walled City było miastem, w którym rządziły wyłącznie Triady a rząd Hong Kongu nie miał najmniejszego wpływu na to, co tam się działo. Przestępcy łatwo znajdowali schronienie przed organami ścigania w blokowiskach Kowloonu i tym samym przyczyniali się do rosnącej złej sławy „twierdzy”. Wbrew temu, co podaje polska wikipedia, było to prawdziwe, zamknięte i w pewnym sensie zminiaturyzowane (łącznie z domami mieszkańców) miasto, które posiadało swój własny system kanalizacji, ulic, sklepów i salonów usługowych. Mimo usilnych starań mieszkańców, którzy każdego dnia próbowali żyć zgodnie z prawem, nazywanie go „Miastem Ciemności” było adekwatne zarówno do stopnia przestępczości jaki tam panował jak i do natężenia światła jakie docierało z zewnątrz. W połowie lat 70. rząd Hong Kongu postanowił jednak wprowadzić ostrą politykę wobec triad i po ponad 3 tysiącach (!) policyjncyh nalotów ostatecznie rozwiązano ten problem a uczciwi mieszkańcy mogli wieść spokojne życie, dopóki kilkanaście lat później nie podjęto decyzji o wyburzeniu „Miasta”.

 

 

Obecnie w tym miejscu rozciąga się sporych rozmiarów park, w którym, jak to w parku, filipińskie pokojówki odpoczywają, niektórzy ludzie spacerują a fanki japońskich lalek urządzają sobie sesje zdjęciowe.

 

 

Będąc przy temacie parków na Kowloonie myślę, że powinienem wspomnieć także o, podobnie brzmiącym z nazwy, Kowloon Park, który odwiedzaliśmy dość często. Podczas naszej pierwszej wizyty zahaczyliśmy o niewielkie muzeum mieszczące się w parku, gdzie próbowałem wmówić Paniom, że kiedyś w tym miejscu stało Kowloon Walled City i szukamy informacji o jego historii. Jedyną historię jaką mogły nam jednak opowiedzieć była historia porcelany, bo właśnie taka wystawa miała miejsce w muzeum a sam Kowloon Park był oczywiście czymś innym niż Kowloon Walled City Park.

 

 

Tak czy inaczej w parku odkryliśmy centrum sportowe z basenami i od tego momentu wieczory spędzaliśmy w wodzie pod gołym niebem. Co najlepsze, w tym, jak mi się wydawało, drogim mieście wstęp na basen kosztował zaledwie 9zł i tęsknię zarówno za nim jak i za pewnym dziadkiem, który uczył mnie pływać żabką jak jakiegoś żółtodzioba z Karate Kid (sic!). Lekcje przyswoiłem i nowa umiejętność wielce przydała mi się podczas kolejnego etapu podróży, czyli w Malezji.

Właściwie to mógłbym już przejść do Malezji ale nie napisałem jeszcze o Wzgórzu Victorii, plażach Hong Kongu, gęsto zaludnionym Mong Koku czy wreszcie słynnych Chungking Mansions, które niestety (?) nie wyglądają już tak, jak w „Chungking Express” Wong Kar Waia.
Hong Kong oferuje naprawdę wiele atrakcji – część z nich może być atrakcyjna jedynie z pozoru ale druga część potrafi sprawić, że zdecydowanie chce się wracać. Mam nadzieję, że jeszcze kilka ciekawych miejsc uda mi się opisać przy najbliższej okazji i, co bardziej istotne, opatrzyć ciekawymi zdjęciami, które powoli mi się kończą!

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Astia 100F / Fuji Provia 100F / Fuji Provia 400X / Fuji Pro 160NS / Fuji Pro 400H / Kodak Ektar 100

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *