Hong Kong Story. Part Two.

 

Hong Kong Story. Part Two.
Hong Kong.

 

Każde z wielkich miast posiada conajmniej jeden punkt widokowy, z którego panorama zdobi pocztówki, okładki magazynów czy też znajduje miejsce w intrach programów podróżniczych. Nie inaczej jest z Hong Kongiem i jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków świata rozciąga się ze wzgórza Wiktorii znanego głównie jako The Peak.

 

 

W sekwencji otwierającej „Wejście Smoka” widok ten może nie był tak imponujący, ale daje to pewien pogląd jak zmieniło się miasto w ciągu tych 30-paru lat.

 

 

Victoria Peak było niegdyś jedynym miejscem, w którym obcokrajowcy mogli się budować. Usłyszałem to kiedyś w jednym z programów ale musiałem się nieco naszukać, by odkryć dlaczego tak było.

Istnieją teorie, że działanie to, dyskryminujące rdzennych mieszkańców ówczesnego miasteczka, miało na celu oddzielić ich od klasy tai-panów, jak nazywano bogatych przybyszów z Europy. Jeśliby  jednak odrzucić kwestie rasistowskie, przepisy nakazywały obcokrajowcom osiedlanie się na Peaku także po to, by unikać szerzących się w zatoce epidemii malarii i innych chorób, których nazw nie potrafię nawet wymówić. Tak czy inaczej – to właśnie wzgórze Wiktorii było miejscem, do którego trafiali Europejczycy, podczas, gdy biedni Chińczycy tkwili na dole. I, choć czasy się zmieniły, to dwie rzeczy na wzgórzu pozostały niezmienne.

Pierwsza – bez kasy nie ma tu dla ciebie miejsca. To właśnie tu wjeżdżają najdroższe samochody i nawet filipińskie pokojówki nie podjeżdżają wozem tańszym niż Porsche Cayenne GTS. A druga? Druga to tramwaj, czyli słynny 130-letni Peak Tram.

 

 

O tramwaju chciałbym się rozpisać bardziej ale nie mogę.. Liczyłem na to, że podczas naszego pobytu w Hong Kongu odwiedzimy Peak dwukrotnie – raz w dzień (co zrobiliśmy) a drugi wieczorem i wówczas podróż na wzgórze odbylibyśmy właśnie zabytkowym tramwajem. Niestety czasu brakło i planu nie zrealizowaliśmy, ale jestem więcej niż pewien, ze jeszcze się nim przejedziemy. A jest to nielada atrakcja, bo szczyt wznosi się niezwykle stromo i tramwaj wjeżdża po prostej pod górę. Hmm.. Właściwie to przypomina to pewną kolejkę u nas w Zakopanem, ale sceneria jest zupełnie inna.

A więc skoro nie tramwaj to jak się dostać na Peak? Można wybrać jedną z dwóch opcji, czyli autobusem bądź pieszo. My korzystaliśmy z obu dróg, ale „trekking” zrobiliśmy sobie w dół (aż mnie buty obtarły do krwi..) a autobus złapaliśmy aby wyjechać na górę.

Widok miażdżący, zwłaszcza, że wybraliśmy górny pokład a przednie miejsca przy szybie akurat czekały na odważnych. Jak ostatnio wspominałem, jazda po wzgórzach Hong Kongu piętrowym busem jest przeżyciem dość ekstremalnym dla kogoś, kto przyzwyczajony jest do krakowskiego MPK sunącego 40 km/h. Niekończące się serpentyny i szaleńcy za kółkami piętrusów – to są tamtejsze realia. Jestem pełen podziwu dla umiejętności kierowców, a konstruktorzy tych maszyn zasługują na szczególne brawa, że nie przewracają się one przy ostrych skrętach ani nie wypadają z dróg na dachy wieżowców gdzieś w dole.. Ogólnie brak mi słów, by to opisać – to trzeba zobaczyć nawet bardziej niż przeżyć, bo Paulina przeżywała ale z zamkniętymi oczami.

 

 

Oprócz Wzgórza Wiktorii jest jeszcze kilka miejsc na mapie Hong Kongu, które podkreśla się zwykle na czerwono by zwabić turystów. Mong Kok, w którym sie ulokowaliśmy, a który swą gestością zaludnienia stanowi atrakcję samą w sobie posiada trzy takie miejsca tuż koło siebie. Nie będę kłamał, że warto się tam wybrać, bo mimo, że zdecydowanie składają się na niepowtarzalny urok Hong Kongu, to same w sobie nie są szczególnie warte uwagi. No chyba, że ktoś planuje nietypowe zakupy.

A mowa o Goldfish Market, Flower Market oraz Bird Market. Po angielsku ich nazwy brzmią całkiem intrygująco, ale gdyby przejść na polskie nazewnictwo, to targowiska są po prostu targowiskami i, dopóki faktycznie się czegoś nie szuka, spędzanie tam dłuższego czasu sensu szczególnego nie ma. Niemniej jednak akwaria zrobiły na mnie spore wrażenie a papugi mógłbym oglądać godzinami.

 

 

A skoro o Mong Koku mowa, to może przytoczę kilka ciekawostek.

Ta część Hong Kongu (a konkretniej jego kontynentalnej dzielnicy, czyli Kowloonu) jest najgęściej zaludnionym miejscem na świecie – Mong Kok z liczbą 130 000 mieszkańców na kilometr kwadratowy znalazł nawet swoje miejsce w księdze rekordów Guinessa. Oprócz tego znany jest też z bycia planem filmowym kilku filmów, w tym choćby „As Tears Go By” Wong Kar Waia z młodą Maggie Cheung, która podobnie jak i w „Policyjnej Opowieści” Jackiego Chana, nie była jeszcze taką dobrą aktorką, za jaką przyjęło się ją uważać.

 

 

Mong Kok mimo tak gęstego zaludnienia zaskoczył nas pierwszego dnia, gdyż na ulicach nie było żywej duszy. Z lotniska zmuszeni byliśmy się wydostać metrem zamiast autobusu, który akurat tego dnia nie kursował. Wszystko było zamknięte na cztery spusty a jedyną drogą pozyskania miejscowych pieniędzy były bankomaty. Te wszystkie czynniki plus fakt, że wylądowaliśmy z niemal godzinnym opóźnieniem w dość silnych turbulencjach złożyły się w jedną całość, wskazującą na to, że przez Hong Kong właśnie przechodził tajfun. Przy 8. bądź 9. stopniu 10-stopniowej skali rząd nakazuje pozostanie w domach i zabezpieczenie okien a wszelki ruch na drogach zostaje wstrzymany. Kobieta z recepcji hostelu była więc bardzo zdziwiona naszym przyjazdem, zwłaszcza, że dość spora grupa Koreańczyków nie mogła opuścić pokoi, gdyż ich lot został odwołany. Przyznam, że ja też byłem zdziwiony, bo spodziewałem się tłoku, samochodów i pięknej pogody a zastaliśmy puste ulice, deszcz i połamane palmy i w całym moim rozczarowaniu przegapiłem być może jedyną okazję aby zrobić zdjęcia wyludnionego Mong Koku no i, przede wszystkim, efektów tajfunu.

 

 

Nasza baza w Mong Koku mieściła się na 8. piętrze budynku znanego jako Sincere House i za cenę 350 HK$ (+/-150pln) otrzymaliśmy czysty pokój z łazienką o wymiarach 3x3m. Wbrew pozorom nie był tak mały jakiego się spodziewaliśmy ale zdecydowanie nie był to standard do jakiego przyzwyczaiły nas wcześniej Chiny. Pokoje w Hong Kongu są malutkie ze względu na bardzo wysokie ceny nieruchomości i malejącą ilość terenu w ścisłym centrum regionu. Nie lepiej to wyglądało w słynnych Chungking Mansions, które wybraliśmy aby spędzić ostatnie cztery noce po powrocie z Singapuru. Tutaj z kolei nasz pokój znajdował się na 12. piętrze i z powodu sporej liczby lokatorów często korzystaliśmy z klatki schodowej zamiast zapchanej windy.

Chungking Mansions w Tsim Sha Tsui były drugoplanowym bohaterem innego z filmów Wong Kar Waia – „Chungking Express„. Po kilkunastu latach od czasu, gdy wyrobiona już Maggie Cheung biegała korytarzami budynku, nie wygląda on już tak groźnie ani intrygująco. Choć chmary ciemnych sylwetek bezustannie snują się korytarzami błyskając jedynie białkami swych oczu a blokowisko nadal wydaje się być centrum hongkońskiej (a może raczej indyjskiej?) dilerki i wszelkich szemranych interesów, to dreszczyk emocji już dawno stamtąd wyparował. W momencie gdy go opuszczaliśmy znikały też bambusowe rusztowania odsłaniając odnowioną elewację, która miała być prezentem na 50. rocznicę powstania budynku ochrzczonego jako „getto w samym centrum świata”.

 

 

Zbliżając się ku końcowi tej krótkiej relacji naszego tripu do Hong Kongu muszę przyznać, że wiele ciekawych miejsc odpuściliśmy choć zarazem niemal wszystko, co chcieliśmy udało nam się zobaczyć. Kilka dni temu odnalazłem taka listę i, nie licząc rozbieranego Kai Tak, na dobrą sprawę nie byłem jedynie na wyścigach konnych w Happy Valley. Trochę żałuję, zwlaszcza, że kilkakrotnie mijaliśmy tor jadąc do nadbrzeżnego Stanley oraz nad Repulse Bay, gdzie plażowaliśmy ostatniego dnia przed powrotem do Polski (21 października – 33*C).

 

 

Droga z Central do Repulse Bay jest jedną z najstarszych tras autobusowych w całym Hong Kongu i jej historia sięga lat 20. ubiegłego wieku. Trasa ciągnie się przez całą szerokość wyspy Hong Kong z samej północy aż na południe i część drogi leżącej wzdłuż wybrzeża raczy nas niesamowitymi widokami. Sama plaża jest czysta, woda ciepła, są budki ratownicze, siatki na rekiny (!) i, niestety, mnóstwo chińskich turystów, którzy w grubych ubraniach kładą się na piasku i fotografują na tle morza zanim wsiądą do autokaru by ruszyć do Shek O, Stanley lub być może na Peak. Niesamowite jak wielka różnica jest między Chińczykami a Hongkończykami.

 

 

Niestety w drodze na plażę zgubiłem mój światłomierz, który najprawdopodobniej został w autobusie i znalazł go ktoś, kto być może nawet nie ma pojęcia do czego służy (choć mam nadzieję, że trafił w dobre ręce). Zmuszony więc byłem wypstrykać świeżo założoną rolkę Fuji Velvii „na czuja” i wyszła całkiem nieźle ale mimo to nie stanę się chyba fanem tego filmu, głównie ze względu na wysoki kontrast.

Velvia 100 dała mi tutaj dość wredny, czerwono-niebieski zafarb a z kolei Velvia 50, którą miałem na Tioman w Malezji wyszła pięknie pod względem kolorów ale w cieniach po zeskanowaniu wygląda jak jedna czarna plama. Zatem jeśli Velvia to chyba tylko w rzutniku i na ścianie, bo do skanera się nie nadaje. To tak z foto-technicznych obserwacji.

 

 

I to by było na tyle tej krótkiej relacji z Hong Kongu, do którego już byśmy chcieli wrócić. Na szczęście pozostaje mi jeszcze powspominanie Malezji, Singapuru i Macau i liczę, że to pozwoli mi przetrwać jakoś zbliżającą się zimę.

Przy okazji jeszcze, będąc w HK głośno było o Muammarze Kaddafim, który nawet do zimy nie dotrwał i niemal w każdej knajpie puszczano filmy z jego zakrwawioną facjatą a każda gazeta miała w nagłówku słowo 死亡 oznaczające śmierć. Ja wiem natomiast, że sam przed śmiercią chcę do Hong Kongu zawitać przynajmniej raz jeszcze.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Velvia 100 / Fuji Provia 400X / Fuji Pro 160NS / Fuji Pro 400H

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *