Kuala Lumpur, czyli prawie na równiku.

 

Kuala Lumpur, czyli prawie na równiku.
Kuala Lumpur, Malezja.

 

Po pierwszych 7 dniach spędzonych w Hong Kongu wsiedliśmy do srebrnego airbusa linii JetStar by po 4 godzinach wysiąść w (rzekomo) najczystszym i (faktycznie) najbardziej restrykcyjnym kraju na świecie, czyli Singapurze. Nie o nim jednak będę pisał, gdyż jak tylko singapurska policja zebrała jakieś bzdurne oświadczenia, spisała dane i, przede wszystkim, zarekwirowała nóż Kershawa, który swego czasu zamówiłem sobie ze Stanów za niemałe pieniądze, opuściliśmy to niezbyt gościnne miasto i pomknęliśmy w kierunku Kuala Lumpur w sąsiedniej Malezji.

 

 

Pogoda nie rozpieszczała i deszczowa aura przez pierwsze dni nie odstępowała od nas ani na krok. Foliowe pelerynki zakupione w Hong Kongu na nic się nam tu jednak zdały, bo o ile o tej porze roku wilgotność powietrza w Chinach nie stanowi już problemu, to w leżącej niemal na równiku Malezji założenie peleryny można by porównać do wejścia do sauny. Albo pobytu w Szanghaju w czerwcu, co też jeszcze całkiem dobrze pamiętamy.

 

 

Po intensywnych eksploracjach Hong Kongu jedyne o czym marzyłem to lekki odpoczynek i leniwe odkrywanie nowego miasta. Daliśmy sobie 5 dni na pobyt w stolicy tego „palmowego gaju”, jakim ukazała się nam Malezja z okien autobusu. Nie ma w tym określeniu zbytniej przesady, gdyż kraj ten jest jednym z największych, jeśli nie właśnie największym eksporterem olejku palmowego na świecie. No dobrze, ale czy jest coś oprócz palm czym „Malaysia” reklamująca się jako „No. 1 in Asia” mogłaby się pochwalić?

W Polsce nie mówi się o Malezji zbyt wiele aczkolwiek z pewnością każdy fan Kubicy wie, że to właśnie tu odbywa się jedno ze słynnych Grand Prix Formuły 1. To tutaj też stoją Petronas Twin Towers będące jeszcze do niedawna najwyższymi budynkami na świecie. Sąsiadujące z Tajlandią, Indonezją i Brunei państwo może się też poszczycić bajecznie pięknymi plażami i rezerwatami przyrody i, właściwie, do tego zestawu mógłbym dodać równie bajeczne uśmiechy malezyjskich kobiet. Żadne słowa nie opiszą uśmiechu, którym „posługują” się panie w kantorze czy choćby kasjerki w KFC, które ze wstydem przyznaję, że czasem zdarza się nam odwiedzać ale dobrze, że Paulina zawsze była obok mnie, bo w przeciwnym razie zostałbym zahipnotyzowany i wrócił z Malezji z walizką pełną pikantnych skrzydełek.

 

 

W Kuala Lumpur oprócz szlajania się po ulicach i „shoppingu” założyliśmy sobie za cel odwiedzenie hinduskiej świątyni w Batu Caves oraz ogrodów botanicznych i przylegającej do nich największej na świecie otwartej ptaszarni. Niewiele do zrobienia ale wbrew pozorom czasu także niedużo.

 

 

Wycieczka do Batu Caves mieszczących się na obrzeżach KL zabrała nam niemal cały dzień głównie ze względu na mój stan fizyczny.

Po którejś z pierwszych nocy spędzonych na niewygodnym łóżku lekki ból w karku zachęcił mnie do małej gimnastyki, czego ze skutkiem natychmiastowym zacząłem żałować. Choć, jak się domyślam, był to tylko swego rodzaju skurcz mięśni to wówczas wydawał mi się wyrokiem kalectwa, bo przez dwa dni dosłownie nie mogłem się ani ruszyć, ani usiąść, ani tym bardziej położyć a nieustający ból był wprost nie do zniesienia. I gdy mówię „nieustający” i „nie do zniesienia” to znaczy to dokładnie to. Dwie nieprzespane noce z głową pełną wizji wyskakujących dysków, pękniętych kręgosłupów i wózków inwalidzkich wystarczyły bym podjął decyzję o wizycie w szpitalu, bo drugą opcją mogło być tylko samobójstwo ale przecież policja z Singapuru zabrała nóż..

Ku mojej uciesze Dr Chai Kueh Kong z pobliskiego Tung Shin Hospital zafundował mi uzdrawiający zastrzyk w tyłek oraz zestaw rozluźniających pigułek za 215zł, za które zapłaciłem niczym innym jak kartą MasterCard.

Ciężko na razie stwierdzić czy dało mi to nauczkę aby się przed kolejnymi wyjazdami ubezpieczać (ocenię to przy najbliższej okazji) ale z pewnością zmusiło mnie do zadbania o swoją pozycję podczas snu i kupna nowego łóżka tutaj w Polsce. A jeśli Wy też, tak jak ja do tej pory, podróżujecie bez ubezpieczenia, zastanówcie się czy nie warto sobie takiego wykupić.

 

 

Wróćmy jednak do Batu Caves, czyli kompleksu jaskiń mieszczących w sobie jedne z najbardziej znanych hinduistycznych świątyń poza Indiami. Do jaskiń prowadzą olbrzymie i niezwykle strome schody, po których prócz wyznawców i turystów drogę torują też sobie cwane małpy, co rusz rzucając w kogoś kokosem albo oblewając resztkami coli wygrzebanej ze śmietnika.

W okolicy stycznia i lutego Batu Caves stają się punktem docelowym słynnego święta Thaipusam, podczas którego wierni uczestniczą w widowiskowych procesjach uprzednio przekłuwając ciało licznymi hakami i mini-włóczniami będącymi symbolem boga Murugana.

Ze względu na dość ekstremalny sposób oddawania czci święto jest często relacjonowane przez zachodnie media i obstawiam, że już za dwa miesiące zobaczymy interesujące zdjęcia obrazujące obchody Thaipusam w Indiach czy właśnie Malezji wśród wiadomości na rodzimych portalach.

 

 

Malezja to jeden z tych multietnicznych krajów, gdzie każdy mógłby znaleźć miejsce dla siebie. Nawet najprostsi i najbiedniejsi mieszkańcy posługują się angielskim i choć różnice kulturowe są zdecydowanie widoczne to nie stanowią żadnych problemów w kontaktach. Tyczy się to także kwestii religijnych, bo w tym teoretycznie islamskim kraju (61% obywateli to muzułmanie) świątynie różnych wyznań stoją dosłownie obok siebie.

Generalnie ludność Malezji dzieli się na trzy grupy – pierwszą pochodzenia malajskiego, drugą chińskiego i trzecią indyjskiego. Jedzenie zdecydowanie najtańsze jest u tych ostatnich ale nie ukrywam, że mój żołądek chyba nigdy nie przyzwyczai się do indyjskiej kuchni. Co jednak ciekawe, dzięki Malezji naprawdę dużo udało nam się zaoszczędzić i nie będzie kłamstwem jak powiem, że od biedy dałoby się przeżyć tu cały dzień jak człowiek nawet za mniej niż 50PLN z noclegiem włącznie. Hostel za 37PLN od osoby i placki roti canai w indyjskich knajpach pozwoliły podreperować chwilowo nasz budżet ale że dzień bez mięsa jest dla mnie dniem straconym, to aż tak tanio nie było.

 

 

Pieniądze można zatem wydawać w lanserskim, pełnym drogich butików centrum handlowym KLCC w wieżach Petronas Towers albo w skromnym Central Market, który dziwnym zbiegiem okoliczności znajdował się tuż obok naszego hostelu. Budynek mieści pod swoim dachem setki sklepików z pamiątkami i drobiazgami, obok których ciężko przejść obojętnie, nawet gdy nie planuje się żadnych zakupów. Co wieczór pod Central Market występował też przezabawny malajski zespół pieśni i tańca zapewniając przechodniom nieco kulturalnej rozrywki.

 

 

Central Market było miejscem, które koniecznie chcieliśmy odwiedzić i, jak wspomniałem, było jednocześnie swego rodzaju punktem orientacyjnym podczas poszukiwań wcześniej zarezerwowanego hostelu. Kuala Lumpur mimo swych aspiracji nie należy do dobrze zorganizowanych miast i po opuszczeniu autokaru złapanego w Singapurze ciężko nam się było zorientować w terenie. Wysiadanie w obcym mieście w środku nocy zdarzało się nam nie raz i prawie nigdy w takiej sytuacji nie korzystamy z usług podstawionych przy dworcach taksówkarzy. Czasem ktoś wciska ściemę, że twój hostel jest oddalony o kawał drogi podczas gdy w rzeczywistości odległość można pokonać spacerem nie wydając przy tym ani grosza. Generalnie rozchodzi się więc o kasę i, o ile nie jesteśmy w Chinach, gdzie taksówki są tanie i wygodne, wolę unikać dworcowych naganiaczy, którzy chętnie załatwią ci 2x lub 3x droższą taryfę. Miło mi zatem będzie wspomnieć w tym miejscu o dwóch napotkanych chłopakach, którzy o 1 w nocy zgodzili się wozić nas swoim samochodem po mieście zupełnie za friko w poszukiwaniu hostelu. Przy okazji muszę też zwrócić uwagę na zabawne tłumaczenia obcych słów w Malezji – Bus to Bas a Taxi to Teksi. Poniżej więc Teksi tamująca ruch na Baspasie.

 

 

Nie byłbym sobą gdybym nie napisał kilku słów na temat własnych zdjęć.. Dotarły co prawda do mnie słowa krytyki po ostatnim, bardziej foto-technicznym poście, ale, mimo wszystko, muszę napomknąć o filmie Kodak Ektar. Rok temu byłem wielce zadowolony z tego materiału i swój zachwyt wyraziłem nawet tutaj.

W tym roku rozczarowałem się wprost proporcjonalnie, choć nie wiem co jest przyczyną takiego stanu rzeczy.. Kolory jakieś wyblakłe i takie nijakie – to zdecydowanie nie ten cukierkowy Ektar, który towarzyszył mi rok temu w chińskim Hangzhou.

 

 

Musiałem o tym wspomnieć z tej przyczyny, że to właśnie ten film w sporej ilości zabrałem ze sobą do Malezji by uwiecznić na nim także ptactwo w KL Bird Park. Pech chciał, że te piękne ptaki albo fruwały nad głowami albo uciekały sprzed obiektywu i w efekcie nie mam nic interesującego do pokazania prócz wyblakłego pawia. A miejsce było zdecydowanie warte odwiedzenia, bo w żadnym przypadku nie przypomina typowego zoo a coś w rodzaju gigantycznej woliery (wyobraźnia oraz poniższe zdjęcie podpowiadają mi jeszcze, że rodem z Jurassic Park).

 

 

KL Bird Park leży na niewielkim wzgórzu w otoczeniu dwóch innych ogrodów – pierwszy z nich to Orchid Garden z, jak sama nazwa wskazuje, pokaźnymi zbiorami storczyków a drugi to park motyli. Wspomniałem wcześniej, że chcieliśmy odwiedzić każdy z nich ale ostatecznie zawitaliśmy jedynie do ptaszarni. Sporo czasu spędziliśmy za to w ścisłej okolicy naszego hostelu, z którego niedaleko było zarówno do Petronas Towers, pod wieżę Menara KL jak i na Merdeka Square, który za czasów brytyjskiej kolonii służył za pole do gry w krykieta a obecnie znany jest jako Plac Niepodległości leżący u stóp rządowego Sultan Abdul Samad Building.

Jeśli, podobnie jak ja, jesteście fanami hongkońskiego kina kopanego miejskie scenerie Kuala Lumpur możecie zobaczyć w „Policyjnej Opowieści 3” z Jackie Chanem i rewelacyjną Michelle Yeoh, wykonującą samodzielnie wszystkie popisy kaskaderskie.
Czego być może nie wiecie to, że znana z „Przyczajony tygrys, ukryty smok” i „Jutro nie umiera nigdy”, żeby wymienić tylko te najbardziej znane, Michelle urodziła się właśnie w Malezji i w 1983 otrzymała tytuł Miss piękności tegoż kraju.

 

 

Przy okazji spacerowania po stolicy, wspomnieć też muszę o świątyni Sri Mahamariamman, która stała tuż obok naszej bazy i codzienne śniadania na tarasie umilała nam hipnotyzująca muzyka dobiegająca z jej wnętrza. Rzecz jasna weszliśmy do środka uprzednio zostawiając buty w okienku u sympatycznego Hindusa, który pozwolił nam nie płacić, gdy zorientowaliśmy się, że nie mamy przy sobie ani grosza (ściśle mówiąc – malezyjskiego ringgita). W środku wszyscy byli jak w transie i przeprowadzali jakieś niejasne dla niewtajemniczonych ceremonie (podobne obserwowaliśmy w Batu Caves). Muzyka, którą grano na bębnach była jednak tak odrealniona, że w Polsce musielibyśmy prawdopodobnie walczyć o jej legalizację. Wreszcie wiem, o czym myśleli Cypress Hill nazywając swój album „Temples of Boom”.

 

* * Ten fragment piszę dwa lata później, w momencie gdy odnalazłem nagranie ze wspomnianej świątyni. Zachęcam do przesłuchania poniżej * * 

 

 

Tuż obok Sri Mahamariamman Temple mieściła się też inna świątynia mianowicie taoistyczna Guan Di Temple. Zabawne, że pierwsze skojarzenia z Azją to albo setki sklepów, biurowców i ogółem dzielnic naszpikowanych najnowszą technologią albo setki targów, restauracji i właśnie świątyń. Tych ostatnich jest rzeczywiście mnóstwo i, jak już kiedyś wspomniałem, zobaczyć jedną to właściwie zobaczyć wszystkie. A jakoś mimo to zawsze człowieka ciągnie do tej kolejnej i kolejnej.

 

 

W Guan Di Temple zaopatrzyliśmy się w pamiątkę w postaci wielkich kadzideł i w zasadzie było to ostatnie miejsce jakie odwiedziliśmy w Kuala Lumpur.

Ze spędzonych tam pięciu dni niestety tylko trzy mógłbym ocenić jako aktywne ale moja modlitwa w Batu Caves najwyraźniej została wysłuchana i szóstego dnia jedynie z lekkim bólem karku siedziałem już razem z Pauliną w autobusie jadącym do Mersing.

A stamtąd już tylko rzut beretem na wyspę Tioman.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Astia 100F / Fuji Provia 100F / Kodak Ektar 100

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *