Singapore Sling.

Singapore Sling :

30ml Gordon’s, 
15ml Heering Cherry Liqueur, 
7.5ml Cointreau, 
7.5ml Dom Benedictine, 
1 kropla Angostury, 
10ml Grenadiny, 
15ml soku z limonki, 
120ml soku z ananasa.

Singapur.

 

 

Prawie na równiku” było tytułem jednego z wcześniejszych postów na temat Kuala Lumpur. Dzisiaj chciałbym Was zabrać jeszcze dalej, zaledwie 137 kilometrów od „środka Ziemi”, czyli do Singapuru.

 

 

Miasto Lwa, najbezpieczniejsze miasto na świecie, miasto przyszłości, miasto czystości, miasto zakazów.. Singapur przybiera wiele przydomków i właściwie każdy z nich ma racjonalny powód swego istnienia.

Naszą przygodę z policyjną stroną Singapuru opisałem w skrócie przy okazji podróży z Hong Kongu do Malezji. To właśnie tu, na lotnisku Changi pozbawiono mnie mojego drogocennego nożyka, który w świetle tutejszego prawa był przedmiotem zakazanym a paradoksalnie podobny mógłbym kupić u niemal każdego sprzedawcy w Little India w samym centrum miasta. Tak jak Singapur ma wiele twarzy, tak i można do niego wejść przez kilka bram – my najwyraźniej otwarliśmy tę z tablicą „Miasto Prawa”.

 

 

Na każdym kroku Singapur witał nas tabliczkami informującymi o zakazie żucia gumy (!), zakazie picia i jedzenia, zakazie wnoszenia durianów, zakazie chodzenia w kasku, zakazie tego i owego. Zabawne, bo o ile duriany faktycznie śmierdzą niemiłosiernie (niczym najgorsze lekarstwo jakie pamiętacie z dzieciństwa) i przyznam, że skusiłem się tylko na lody o smaku tego dziwnego owocu, to guma do żucia przykleiła się nam zaledwie raz do buta w trakcie całej podróży i to właśnie tu, w Singapurze. Oczywiście restrykcji jest więcej niż wymienione przeze mnie ale te są podstawowymi, które często wchodzą w skład liczących czasem nawet i 7-8 różnych pozycji tablic.

Z tego co pamiętam kary za większość „drobnych” przewinień wahają się od pięciuset do nawet kilku tysięcy dolarów singapurskich, czyli dla przykładu spożycie burgera w metrze może nas kosztować nie mniej niż 1300PLN (500SGD). Są też pewne zakazy, których złamanie może człowieka kosztować nawet najwyższą cenę (polityka antynarkotykowa) ale najwyraźniej taki jest koszt życia w mieście marzeń, które swym niezaprzeczalnym urokiem potrafi zrekompensować wszelkie absurdy. William Gibson, ikona literackiego cyberpunku już dwadzieścia lat temu określił Singapur jako „Disneyland z Karą Śmierci”.

 

 

Kary są, to już wiemy, co więc z tym Disneylandem? Otóż pomijając pewne oczywiste atrakcje Singapuru wynikające choćby z bycia jednym z czterech Azjatyckich Tygrysów, w których spełniają się już nie amerykańskie a właśnie azjatyckie sny, Singapur należy do ścisłej czołówki w rankingu najczystszych i najlepiej zarządzanych miast na świecie. Państw, miast – nieważne. Singapur jest jak kraina ze snów, w której wielu rzeczy robić nie wolno ale swoim wyglądem bije prawdopodobnie wszystko co do tej pory widzieliście na głowę.

Jest ultraczysto i ultraładnie. Żadnych śmieci, papierów, psich kup, żadnych dziwnych plam na chodnikach, wylewania syfu na ulice, rozlanego tłuszczu przy knajpach.. Chodniki i drogi lśnią czystością – podobnie jak i wyrastające z ziemi wieżowce, odrestaurowane kolonialne kamienice, kolorowe fasady sklepów, przepięknie oświetlone nocą zabytkowe budynki, etc. Singapur różni się też od reszty Azji tym, że ładnie jest nie tylko z wierzchu podczas gdy w bocznych alejkach gnieździ się robactwo i zaraza – ładnie i czysto jest dosłownie na każdym calu tej asfaltowej dżungli dzięki czemu śmiało mogłem dać odpocząć spalonym od malezyjskiego słońca stopom ściągając czasem buty i spacerując boso.

 

 

Singapur ma się czym pochwalić w zakresie architektury i to nie tylko tej nowoczesnej, która rozkwitała po II Wojnie Światowej, w trakcie której miasto znalazło się pod okupacją japońską ale przede wszystkim tej z okresu kolonialnego, kiedy to Sir Thomas Stamford Raffles budował miasto od podstaw. Na cześć jego imienia pod koniec XIX wieku wybudowano Raffles Hotel i to właśnie w jego barze narodził się słynny drink Singapore Sling. Pierwsza połowa XX wieku była dla Singapuru okresem rozkwitu art deco i ogromna ilość budynków reprezentuje właśnie ten styl wyglądając jednocześnie jakby je zbudowano zaledwie kilka lat temu. Nie mam pojęcia jak oni to robią, ale przecież ktoś dba o taki stan rzeczy i daje jasny przykład, że da się stworzyć miasto, które wygląda jak z obrazka. Chciałbym wierzyć, że za 100 lat nasz kraj będzie prosperował choćby w połowie tak dobrze jak Singapur czy nawet Hong Kong, do którego niedlugo mieliśmy wrócić.

 

 

Disneyland, o jakim pisał Gibson to także cała strona rozrywkowa – nightlife, highlife i inne piekielnie kosztowne atrakcje Singapuru, na które nas niestety nie było stać. Singapur jest miastem wyjątkowo drogim dla przeciętnego zjadacza chleba z Polski i choć do tej pory najdroższym wypitym przeze mnie drinkiem był Gordon’s z tonikiem na 91. piętrze do niedawna najwyższego budynku na świecie, czyli SWFC w Szanghaju, to właśnie Singapore Sling za cenę 50PLN w zwykłej knajpce obok naszego hostelu w Little India trochę podniósł tę poprzeczkę. Miło to jednak wspominam, bo okazało się, że ten „damski drink” Paulinie nie do końca smakował i jako wielibiciel ginu mogłem wypić dwa oglądając przy tym „Walking Dead” na wielkiej plazmie. W końcu nie po to się tyra cały rok za najniższą krajową, żeby potem pić tanie sikacze – przyznać trzeba niestety, że Singapur nie daje jednak nawet takiego wyboru. Tu po prostu nic nie jest tanie.

 

 

Oszczędności z Malezji pozwoliły nam jakoś sobie zorganizować te 3 dni w Mieście Lwa, więc oprócz szarpnięcia się na drinki czas wykorzystaliśmy także na zaczerpnięcie odrobiny kultury. Wybraliśmy się na wystawę Salvadora Dalego w nowoczesnym ArtScience Museum leżącym u stóp hotelu Marina Bay Sands, który z kolei, choć paskudny, słynie z najwyżej położonego otwartego basenu na świecie. Wystawa bardzo ciekawa, miło było też wysłuchać kilku wykładów od mojej narzeczonej, która Dalego bardzo lubi, a którego ja znam zaledwie z seansu „Psa Andaluzyjskiego” i kilku najbardziej znanych motywów jego twórczości. Żałowaliśmy natomiast, że nie dane nam było odwiedzić innej z wystaw, której otwarcie miało mieć miejsce dopiero za kilka dni, mianowicie Titanic: The Artifact Exhibition, którą zapowiadało to oto monumentalne zdjęcie (miało jakieś 9×6 metrów..).

 

 

A propos zdjęć, dopiero w Singapurze zaczęto zwracać uwagę na mój aparat, streetowcy z leicami kiwali grzecznie głowami a dziewczyny z cyframi chętnie zerkały przez kominek i raz nawet użyczyły mi statywu. Był to akurat dzień (a raczej noc), w którym rozpoczynano wielkie przygotowania do hinduistycznego święta Deepavali, znanego też jako Festiwal Świateł.

 

 

Nim jednak święto Deepavali ruszy na dobre, poprzedza je inne ważne hinduistyczne wydarzenie znane jako Tīmiti (Theemithi), podczas którego olbrzymia procesja przetacza się przez znaczną część miasta. Począwszy od świątyni Sri Srinivasa Perumal w Little India mężczyźni podążają w kierunku Sri Mariamman Temple w Chinatown by tam wyznać wiarę przechodząc boso po rozżarzonych węglach przy wtórujących im wiwatach obserwatorów.

Święto Timiti jest wielkim wydarzeniem zarówno wśród samych hindusów jak i reszty mieszkańców Singapuru, którzy, podobnie jak my wtedy, towarzyszą wiernym w drodze między dwiema świątyniami oraz uprzednio, podczas przygotowań świątyni do jego obchodów, która wypełnia się ludźmi po brzegi.

 

 

Szukając najtańszego noclegu mieliśmy wybór właśnie między dzielnicą chińską a Little India, która choć tańsza jest nieco bardziej oddalona od ścisłego centrum miasta, za które uznałbym osobiście okolice Marina Bay. Siłą rzeczy, bądź raczej siłą pieniądza, zdecydowaliśmy się na tańsza opcję, czyli jeden z hosteli na Dunlop St. w Little India. By jeszcze bardziej zredukować wydatki nocowaliśmy w pokoju 8-osobowym płacąc po 50PLN za noc. Ostatni raz w „dormach” nocowaliśmy w 2007 roku i najwyraźniej zapomnieliśmy jak bardzo uciążliwe bywa towarzystwo współlokatorów a może zwyczajnie jesteśmy już na to za starzy. 3 noce były na szczęście do przeżycia a finansowo taka opcja zdecydowanie poprawiła nasz dzienny budżet.

 

 

Mimo dogodnych połączeń metrem, trasę z Little India nad zatokę Marina Bay zwykle pokonywaliśmy pieszo. Okolica Marina Bay, oprócz słynnego hotelu i odwiedzonego przez nas muzeum słynie także z wielkiego teatru w kształcie owocu Duriana, największego na świecie diabelskiego młynu, czyli Singapore Flyer (30m wyższy od London Eye) oraz ulicznego toru Formuły 1.

Tor, na którym odbywa się Grand Prix Singapuru był jednym z miejsc, które z przyjemnością odwiedziliśmy, bo mimo, że sam do tej pory nie byłem fanem tego sportu, mieliśmy tam małą misję do wypełnienia stykając pewien upominek dla kolegi Pauliny z rozgrzanym asfaltem, po którym zaledwie dwa tygodnie wcześniej ścigały się bolidy Webbera, Alonso i Hamiltona, których nazwiska jak widać znam nawet ja.

 

 

Niecałe trzy dni to niewiele na odkrycie Singapuru ale, jak sądzę, wystarczająco dużo by móc docenić jego niezaprzeczalny urok. Mając wybór prawdopodobnie i tak wolałbym zamieszkać w Hong Kongu ale ten krótki pobyt pozwolił mi znaleźć nowe spojrzenie na to, jak powinno wyglądać miasto idealne. Singapur, choć nie nowy, to pachnie nowością, zaskakuje kolorami a gorącą, słoneczną pogodą, której nijak nam szukać teraz w Polsce sprawia, że uśmiech sam pojawia mi się na twarzy. Straży granicznej konfiskaty mojego noża nie wybaczę, ale jeśli to miała być cena wizyty w Mieście Lwa to zdecydowanie było warto.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Provia 100F / Kodak Ektar 100 / Kodak Portra 800

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *