Jungle Boogie.

Jungle Boogie.
Rio De Janeiro, Brazylia.

 

 

Ostatnim razem wspomniałem o Babilonii, gdzie znajdował się ostatni z trzech hosteli, w których mieliśmy okazję nocować a teraz, po wywołaniu kilku negatywów, warto chyba co nieco pokazać.

 

 

Od kilku ładnych lat większość faveli w Rio De Janeiro to miejsca względnie bezpieczne, gdzie patrole policji zastąpiły uzbrojone komanda a wrastające we wzgórza slumsy stają się placami budowy dla developerów. Oczywiście nie każdą favelę czeka świetlana przyszłość, ale akurat Morro da Babilonia ze swą świetną lokalizacją tuż przy Copacabanie zdecydowanie jest na dobrej drodze do odzyskania swego dawnego blasku.

 

 

Nasz nieco ponad tygodniowy pobyt podzieliliśmy sobie na trzy etapy, mieszkając w pierwszej kolejności w Botafogo i zmieniając później lokalizację na wschodnią część Santa Teresa, by ostatecznie wylądować na wzgórzu oddzielającym Botafogo od Copacabany. Z tego punktu mieliśmy w zasadzie najbliżej do najsłynniejszej plaży świata, ale ze względu na niemal nieustające deszcze nawiedzające w tym czasie Brazylię Copacabana niestety nie stała się ulubionym miejscem naszych spacerów.. W godzinach porannych przy Copacabanie można było natomiast trafić na targowiska pełne egzotycznych owoców (także tych morskich), sprzedawanych głównie hurtem w całkiem atrakcyjnych nawet na polską kieszeń cenach. Choć żywiliśmy się głównie mięsem, którego w Brazylii jest pod dostatkiem oraz świeżo wyciskanymi sokami, które można nabyć na rogu dosłownie każdej ulicy, to na targu udało mi się pierwszy raz zobaczyć słynną vermelho – karmazynową rybę, na której poszukiwania mój ulubiony Anthony Bourdain zapuścił się w głąb Amazonii podczas jednego z odcinków No Reservations.

 

 

Całkiem niedaleko mieliśmy z Babilonii także na Pao de Acucar, czyli tzw. „Głowę Cukru”, a było to jedno z tych miejsc, których przynajmniej ja nie miałem zamiaru odpuścić. Fanom Jamesa Bonda nie muszę chyba mówić dlaczego 😉

 

 

Śladami Rogera Moore’a wjechaliśmy na Pao de Acucar za dość wygórowaną cenę R$53 od osoby, co w przeliczeniu (80PLN) okazało się chyba najdroższym biletem wstępu za jaki kiedykolwiek płaciliśmy. Przejażdżka kolejką zwaną „bondinho” (bynajmniej nie od nazwiska 007) oraz widok z góry były jednak tego warte, choć przyznam, że i tak będę patrzył z zazdrością na zdjęcia tych, którzy mieli szczęście podziwiać Rio skąpane w promieniach słońca a nie gąszczu chmur.

 

 

Mimo nie do końca wymarzonej pogody Rio zaskoczyło nas całkiem znośnymi temperaturami (26*C), aczkolwiek im później się robiło i bliżej wybrzeża się znajdowało tym bardziej chłód oceanicznej bryzy dawał się we znaki. Na szczęście trochę słońca także udało nam się złapać – głównie podczas wyjazdu do malowniczej miejscowości Parati (36*C), o czym być może napiszę wkrótce. Nic chyba jednak nie przebije widoków wdzierającej się zewsząd zieleni, która przy wysokiej wilgotności wygląda w Brazylii wprost nieziemsko.

Rio De Janeiro zmienia obraz tego, co zwykło nazywać się „miejską dżunglą” – tutaj określenie staje się wręcz dosłowne. W środku miasta drzewa rosną na każdym metrze wolnej przestrzeni, ich konary ozdabiają storczyki a gdzieś w koronach skaczą sympatycznie małpki wielkości wiewiórek. Nigdy nie sądziłem, że znajdę się w miejscu, gdzie po wyjściu z metra będę mógł zerwać mango prosto z drzewa rosnącego obok. Przeróżnych odmian palmy wyrastają także z balkonów, garaży i dachów budynków, które często można by uznać za perełki modernistycznej architektury, ale o tym może w którymś z następnych odcinków.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM +Fuji Pro 400H / Kodak Portra 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *