Cidade de Niemeyer.

Cidade de Niemeyer.
Niteroi, Brazylia.

 

 

Od kilku ładnych miesięcy wyczekiwałem aż Taschen wyda z serii „Basic Architecture” album, który towarzyszyłby mi w drodze do Rio. Z miesiąca na miesiąc termin wydania był przesuwany aż wreszcie parę dni temu, ku mojej wielkiej uciesze, informację „Coming soon” zamieniono wreszcie na „In stock”.

W porządku, myślę sobie, paczka już leci, więc wstrzymam się jeszcze z pisaniem notki – być może przytoczenie kilku ciekawostek z albumu podratuje nieco fatalne zdjęcia, które mam tu zamiar wrzucić.

I teraz niespodzianki nie będzie a ja mam z kolei wątpliwości czy to dobra okazja by pisać, ale stało się – twórca brazylijskiego modernizmu, Oscar Niemeyer, zmarł.

 

 

Choć odszedł wczoraj, informacja obiegła świat właśnie w Mikołajki i internet w tej chwili dosłownie pęka w szwach od zdjęć Brasilii, Sambodromo czy muzeum MAC. Przysięgam, jak jeszcze kilka dni temu polskojęzyczne strony opisujące dokonania Brazylijczyka można było policzyć na palcach Myszki Mickey, tak teraz chyba tylko Pudelek powstrzymał się od kopiowania newsów. Ale to się chwali – przynajmniej moje małe kłamstwo, które sprzedałem pewnej dziewczynie w Niteroi, że Niemeyer jest u nas bardzo znany stało się faktem..

Będąc w Rio jednym z ważniejszych punktów na naszej mapce było leżące po drugiej stronie zatoki Guanabara Niteroi. Sądząc po nazwie można się spodziewać ruin miasta po nuklearnej zagładzie, w rzeczywistości jednak to tylko kolejna, pozornie nieciekawa mieścina. Zaznaczam jednak, że tylko pozornie, ponieważ to właśnie tutaj, na dystansie ok 4km można zobaczyć aż 6 budowli Oscara Niemeyera – a być może jako gratis przeżyć, tak jak my tamtego dnia, ulewę stulecia. Mógłbym dodać do tego jeszcze rozczarowanie stulecia, ale o tym za chwilę.

 

 

Z Rio do Niteroi można dostać się autobusem, pokonując najdłuższy most w Brazylii (13km), bądź łapiąc prom kursujący przez zatokę (ok R$10 o ile mnie pamięć nie myli). Choć promy w Rio ani sama zatoka nie są tak ładne jak te w Hong Kongu to po drodze mija się niesamowity neogotycki pałac, gdzie w 1889 odbył się ostatni huczny bal zorganizowany przez Cesarza Brazylii, tuż przed proklamowaniem Republiki. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć jak wyglądała taka impreza to powinien sobie wyobrazić 1300 kurczaków, 800kg krewetek i 10000l. piwa.

Tuż nad zatoką mieści się także jedno z lotnisk jakim dysponuje miasto – bardzo fajna sprawa dla planespotterów, zwłaszcza, że niektóre prywatne samoloty można niemal dotknąć przez ogrodzenie, po samej zatoce natomiast, prócz promów, pływają imponujące okręty marynarki wojennej.

Nas jeszcze przed dotarciem na drugi brzeg złapał deszcz, który z minuty na minutę przeradzał się w prawdziwą ulewę. Po opuszczeniu promu pogoda była już po prostu obrzydliwa a my przez dobre pół godziny szukaliśmy wyjścia z ogrodzonego parkingu, na który przypadkiem weszliśmy kierując się w stronę białych kopuł budynków Niemeyera. Po drodze mijali nas szaleni kierowcy chlapiąc hektolitrami wody a co kilka metrów na chodnikach leżały martwe ryby..

 

 

W końcu jednak udało nam się dotrzeć do ostatniego ogrodzenia dzielącego nas od placu. Teren zamknięty, jak się okazuje. Wielkie rozczarowanie.. Budynki są nieczynne – prowizoryczna siatka dookoła jak na placu budowy, szlaban przy podjeździe, kierowca pokazuje jakieś pozwolenie.. Zrobiłem więc kilka zdjęć przez płot, kombinując wcześniej z której strony najlepiej podejść i jak nie potargać sobie gaci na rosnących dookoła kaktusach i agawach. Bliski rezygnacji myślę sobie, że nie zaszkodzi spytać ochrony czy moglibyśmy wejść i zrobić zdjęcie z bliska, w końcu jako turysta mam prawo przynajmniej do zadawania głupich pytań 😉 I ku mojemu zdziwieniu, pokazując jedynie na aparat usłyszałem od razu: „Room 5”. Ale jaki „room 5”? Ja chcę tylko „photo”. No to znowu: „Room 5” i kciuk podniesiony do góry (Brazylijczycy notorycznie używają gestu „thumbs up”, żeby coś potwierdzić, podziękować, wyrazić uznanie). Ekscytacja rośnie i wyobraźnia zaczyna działać – jesteśmy na terenie zamkniętym, prawdopodobnie jako jedni z nielicznych mamy okazję zobaczyć nieukończone dzieła Niemeyera (jak się później okazało ich publiczne otwarcie, mimo późniejszego zamknięcia, miało miejsce już dawno temu), do tego zaraz zrobię im przepiękne zdjęcia i dokonam pionierskiego czynu – jako pierwszy Polak będę stąpał po tej ziemi! Ha, gdyby to było wszystko! Co wy, to dopiero początek. Wchodzimy do Room 5 i tam wita nas na stojąco Pani, która pyta o cel wizyty i kraj pochodzenia oraz wyznacza jedną z obecnych w biurze dziewczyn na naszego przewodnika. Jest mi bardzo przykro, że nie pamiętam jej imienia, Paulina wie tylko, że to był jej pierwszy dzień pracy i pochodzi z Lizbony. Oprowadzała nas po placu opowiadając o budynkach możliwie najwięcej przez ładne kilkanaście minut w gęstym deszczu i olbrzymich kałużach – dla nas bez różnicy, bo buty już dawno zamokły a parasole przeciekały od spodu, współczuję jednak takiego pierwszego dnia w robocie. Opowiadała o teatrze, budynku Fundacji Niemeyera, pawilonie ku pamięci gubernatora Niteroi, Roberto Selveiri. Wspominała, że projekt zabudowy znany jako Caminho Niemeyer jest wciąż nieukończony i sporą przeszkodą w procesie jest stan zdrowia 104-letniego architekta przebywającego ostatnimi czasy w szpitalu.

 

 

Ja, przez te kilkanaście minut czułem, że spełnia się moje małe marzenie i zamieniam się w Juliusa Shulmana. Dwie dziewczyny chodzą za mną, trzymają parasol nad głową a ja podziwiam betonowe struktury przez wizjer Hasselblada – wszystko to na tle dzikich wzgórz, dzikiej krainy tysiące kilometrów od domu – takie rzeczy tylko w snach!

I długo nie trzeba było czekać na koniec pięknego snu. Wystarczyło podziękować za możliwość wizyty, wsiąść w autobus mknący do MAC, czyli Museu de Arte Contemporânea de Niterói i wreszcie obudzić się z tej sielanki. W autobusie zacząłem się zastanawiać dlaczego nie zmieniłem jeszcze filmu – przecież zrobiłem jedno zdjęcie jeszcze przed Niteroi, a na same obiekty też poszło kilka klatek, nie licząc nawet tych przez siatkę, przed wejściem do środka.. Odpowiedź była prosta. Film zakładałem w wielkim pośpiechu i zapomniałem przekręcić korbki do przesuwu filmu. Jeśli nie przekręcisz korbki to nie przewiniesz tych kilkudziesięciu centymetrów papieru, który osłania kliszę, ERGO k*&@, zdjęcia będziesz robił na nie-światło-czułym papierze a dopiero potem zacznie się film.

Minę jaką miewam, gdy odkrywam przerażającą prawdę o swojej głupocie widziała tylko Paulina i być może te kilka osób, których zmasakrowane korpusy odnajdywano swego czasu w Krakowie.. Nie zmienia to jednak faktu, że błąd był nieodwracalny i spośród kilku naprawdę dobrych zdjęć, które czułem, że tam zrobiłem nie złapało się na kliszy żadne. Zostałem więc z 3 ostatnimi gniotkami i z fatalnym poczuciem, że Juliusem Shulmanem po prostu trzeba się urodzić.

 

 

Smak porażki nie przechodzi tak łatwo i przyjemność z wizyty w futurystycznym Muzeum Sztuki Współczesnej, znanej jako MAC, była niestety tego dnia wątpliwa. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć też parę innych miejsc wchodzących w skład Caminho Niemeyer leżących wzdłuż wybrzeża, ale to też nie było to samo..

 

 

Po opuszczeniu MAC i przejściu dość długiego odcinka z powrotem  zauważyliśmy, że ruch w tej części miasta jest jednostronny i nie ma opcji, żeby złapać autobus powrotny. Prawdopodobnie trzeba w tej sytuacji wsiąść do tego samego, którym się przyjechało a i tak ostatnim przystankiem będzie zajezdnia w pobliżu promów. My jednak poszliśmy pieszo moknąc już do suchej nitki – w zasadzie mogliśmy już nie płynąć promem tylko wpław.. 😉

 

 

Trochę ubolewam nad warunkami jakie zastaliśmy w Niteroi, bo może gdyby nie deszcz, inaczej opisywałbym ten dzień spędzony w drugim po Brasilii mieście Niemeyera. Pocieszającym jest jednak fakt, że mieliśmy możliwość mieszkać w jednym z domów jego autorstwa 🙂 Chill Hostel w Babilonii właśnie tym się szczyci i, choć nie mam możliwości tego zweryfikować, wszelkie znaki mówią, że tak właśnie jest. Właściciele niestety sami nie szanują tej architektonicznej perełki jaką się otaczają i przerabiają dom jak im się żywnie podoba, nie mówiąc już o syfie jaki tam zastaliśmy płacąc w końcu niemałą dla nas kasę za noclegi.

Tak czy inaczej wszystko, czego doświadczyliśmy i co udało nam się zobaczyć, nawet w chłodzie, głodzie i brzydkiej pogodzie, gdziekolwiek byśmy nie byli, było tego warte. Polski tytuł filmu, którego trailer możecie obejrzeć poniżej, jeśli zainteresował Was Niemeyer brzmi „Życie jest westchnieniem”. Troszkę banalnie, ale ile w tym prawdy..

 

 

Fot. Kordian & Paulina Handzlik
Hasselblad 500CM + Fuji Pro 400H
Minolta Weathermatic 35DL + Fuji Superia X-Tra 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *