Fear and Loathing in New Delhi.

Fear and Loathing in New Delhi.
New Delhi, Indie.

 

Zapiski z pamiętnika:

„Każdy przewodnik przestrzega przed kantami, jakich dopuszczają się sprytni mieszkańcy Indii na turystach. Czytałem setki różnych historii na forach i blogach i, zdawałoby się, że byliśmy przygotowani aby unikać sytuacji śmierdzących przekrętem. Tymczasem przy pierwszej lepszej okazji daliśmy się wyrolować.

W gąszczu ulic Delhi ciężko jest cokolwiek odnaleźć a najgorzej, gdy jest to Twój hostel.

Taksówkarz złapany pod lotniskiem wyrzucił nas tuż koło szyldu „New King Hostel” w okolicy znanej jako Paharganj. W ciemnej alejce zapchanej po brzegi szczającymi po ścianach mężczyznami nie było jednak możliwości odnalezienia tych konkretnych drzwi, schodów bądź jakiegokolwiek znaku, że gdzieś jest wejście do właściwego lokalu. Z „pomocą” przyszedł jakiś gość i wyprowadził nas na zewnątrz. Mimo, że czuliśmy, że oddalamy się od szyldu, szliśmy za facetem przez ładne kilkadziesiąt metrów. W porządku, myślimy, nadal jesteśmy na właściwej ulicy, ale jak tylko skręcimy w inną to skończymy tę zabawę. Facet faktycznie skręcił chcąc zaprowadzić nas najwyraźniej do innego hotelu ale szczęśliwie natknęliśmy się zaraz na parę Amerykanów, którzy zdemaskowali oszusta i pomogli nam w odnalezieniu naszej bazy, która faktycznie mieściła się w „obszczanym” zaułku, tyle, że pod innym szyldem.”

 

 

Niezłe lamerstwo, ktoś mógłby pomyśleć i miałby stuprocentową rację, gdyby nie to, że liczba oszustw i wymuszeń, jakich próbowano na nas dokonać była po prostu absurdalna. Po pierwszej takiej próbie postawiliśmy sobie za punkt honoru, żeby do takich sytuacji nie dopuszczać lub przynajmniej wychodzić z nich cało i niemal do ostatniego dnia nikomu nie udało się już uśpić naszej czujności. Ceną jaką przyszło nam jednak za to zapłacić był niemal miesiąc nieustannej paranoi.

 

 

Wróćmy jednak do początku..

Do Indii przybyliśmy w środku nocy 24. kwietnia. Odcinek liniami Qatar Airways z Doha do Bombaju przebiegł w miłej atmosferze a na miejscu czekała nas przesiadka na samolot miejscowych linii Spicejet lecący do New Delhi. Sporo było z tym zamieszania, bo lotniska w Indiach, które miałem okazję odwiedzić (a było ich 6) są fatalnie zorganizowane i, pomijając kłopoty w samym odnalezieniu się na nich, głównym problemem są pracownicy i cała ta ich biurokracja.

Generalnie, odwiedzając Indie trzeba być przygotowanym na spędzanie niezmierzonych ilości czasu w kolejkach, ale nie ze względu na ilość ludzi oczekujących, tylko niedorozwinięty personel, który robi wszystko z prędkością żółwia. Na każdym z lotnisk nasze papiery i karty pokładowe były sprawdzane po stokroć przez różnego rodzaju osoby począwszy od ochrony na zewnątrz aż po sprzątaczki wewnątrz – to nic, że niektórzy z nich nie potrafią czytać i oglądają bilet do góry nogami przez 5 minut. Jeśli ktokolwiek pyta na jak długo przyjechałeś do Indii i odpowiada, że to „zdecydowanie za krótko!”, nie myśl, że chodzi o to ile rzeczy tu jest do zobaczenia. Chodzi tylko o to ile czasu stracisz czekając w kolejkach, w restauracjach, na spóźniony pociąg, na niekończącą się podróż nim czy, w końcu, na samo odpędzanie żebraków i ziomków chcących sobie zrobić z Tobą zdjęcie.

Teraz mnie to śmieszy, ale kurde, kiedy to są Twoje wakacje a ściśle zapięty plan obejmuje podróż przez niemal cały kraj, ciężko o pozytywne myślenie.

Tak więc kiedy już odebraliśmy bagaże i ominęliśmy celników szarpiących się z jakimiś indyjskimi klientami pozostało tylko wskoczyć do autobusu kursującego między terminalem międzynarodowym a krajowym.
I tutaj pierwsze zderzenie z indyjską kulturą, czyli żebranie o napiwki. Na wakacjach nie jestem Panem Różowym i nie mam problemu z dawaniem napiwków ale logicznym dla mnie jest, że w grę wchodzi dobre jedzenie lub dobre picie. W przypadku lotniskowego autobusu zaskoczyło mnie, że za wpakowanie plecaków do bagażnika pracownicy (nie jakieś dzieciaki z ulicy) życzą sobie napiwków. Trochę zbity z tropu powiedziałem, że jeszcze nie wymieniliśmy kasy i nic nie mamy, na co usłyszałem, że jest bardzo ciemno  i lepiej, żeby ktoś przypilnował aby bagaż „przypadkiem nie wypadł” zanim ruszymy.. Hmm.. I jak tu polemizować z takimi argumentami?

 

 

Do New Delhi dotarliśmy wspomnianym Spicejetem bez opóźnień, choć warto mieć conajmniej 3 i 1/2 godzinny zapas czasu na wycieczki między terminalami. Gdyby jeszcze nasz pierwszy lot się opóźnił, bylibyśmy w kiepskim położeniu..

Odnaleźliśmy już zatem New King Hostel i zaczęliśmy ogarniać wycieczkę do Agry z miejscowym biurem turystycznym. Do Taj Mahal mieliśmy się wybrać następnego dnia a jeszcze tego samego mogliśmy powozić się samochodem z kierowcą po Delhi jako gratis (tutaj z kolei warto zaznaczyć, że słowo „gratis” pochodzi z łaciny, nie zaś z hindu – w Indiach słowo gratis oznacza więc tyle, że choćbyś nie wiem co dostał „gratis”, to i tak przepłaciłeś).

 

 

Naszą objazdówkę po Delhi rozpoczęliśmy od wizyty w ogrodach Lodi. Ogromny park pełen jest zabytkowych meczetów i grobowców należących do dynastii, która niegdyś panowała w północnej części kraju. Myśleliśmy następnie o odwiedzeniu Gate of India oraz pałacu prezydenckiego, ale oba te miejsca przez całe trzy dni były zamknięte dla zwiedzających a policyjne patrole pilnowały aby nikt nie przekroczył bram. Uciekając więc przed popiskującymi nad naszymi głowami jastrzębiami i żarem lejącym się z nieba pojechaliśmy do niewielkiej świątyni Lakshmi Narayan oraz nieco bardziej oddalonej od centrum Lotus Temple.

 

 

Świątynia Lotosu robi wrażenie za sprawą nowoczesnej architektury oraz faktu, że w środku próżno szukać wizerunków jakichkolwiek bóstw – przeznaczona jest bowiem dla wyznawców wszystkich religii, jako miejsce pojednania i wyciszenia.

 

 

Po kilku godzinach spędzonych na jeździe z miejsca na miejsce, stwierdziliśmy, że czas się pożegnać z naszym kierowcą i ustaliliśmy, że nazajutrz zgarnie nas o 6 rano, tak, abyśmy dotarli do Agry zanim jeszcze zacznie się prawdziwy ruch na drogach.

Wieczór spędziliśmy więc na zakupach oraz poszukiwaniu dobrego i taniego jedzenia, o które, wbrew pozorom, nie było wcale łatwo. Nie wiem czy dałem już po sobie poznać, ale dużo mógłbym pisać o wałkach i przekrętach. Nie chcę zbytnio marudzić ale nadmienić muszę jeszcze, że największym wałem wydaje mi się określanie Indii jako tanich. Absolutnie nie jest to tanie miejsce – owszem, może takim być jeśli masz ochotę jeść cały czas roti, ciapati czy jakieś inne wegetariańskie wynalazki, które ciężko nazwać posiłkiem. Jeśli natomiast chcesz zjeść coś pożywnego, czyli MIĘSO, przygotuj się na długie poszukiwania zanim znajdziesz coś tańszego niż 10-14 PLN, bo większość miejsc, które odwiedziliśmy miały cennik taki jak w przeciętnym chińsko-wietnamskim barze w naszym mieście.

Czy tylko Delhi wydawało nam się drogie pod względem jedzenia? Nie, podobnie było w Kalkucie, Kochi, na Goa i w Bombaju. Pomimo wyjątkowo niegościnnego położenia taniej można było zjeść w górskim Darjeeling oraz w jeszcze jednej miejscowości, do której trafiliśmy zupełnie przez przypadek..

 

 

Po powrocie z Agry, dla której przygotuję osobny post, został nam jeszcze jeden dzień w Delhi a następnie mieliśmy wsiąść do pociągu jadącego do Gorakhpur. Tam, po ponad 15 godzinach jazdy należało złapać autobus do granicznej miejscowości Sunauli (2h jazdy) i po przekroczeniu granicy z Nepalem wsiąść do kolejnego autobusu zmierzającego już do Pokhary (kolejne 9h).

Jak widać czekała nas nieziemsko męcząca podróż i ciężko mi określić czy to przez stres, obrzydzenie („Lęk i odraza w New Delhi„? Tak, stolica to zdecydowanie złe miejsce na kolorową przygodę z Indiami..) czy może złe duchy wydałem rozkaz spakowania plecaków i wyjazdu do Nepalu o jeden dzień za wcześnie.

Nieświadomi pomyłki opuściliśmy hostel i pojechaliśmy na dworzec by tam pośród kupy ludzi i kupy ich gówien smażących się na torach poczekać na pociąg. Czas umilaliśmy sobie obserwując na zmianę setki twarzy, które obserwowały nas i tysiące much, które obsiadały nasze bagaże. Bogu dzięki pociąg przyjechał o czasie i po małych przepychankach wkrótce znaleźliśmy się w środku.

 

 

W przypadku pociągów wreszcie możemy mówić o niskich cenach. Nasza podróż z New Delhi do Gorakhpur (800km) kosztowała zaledwie 17 PLN od osoby. Jedyne z czym trzeba się liczyć przy tej kwocie to warunki w jakich przychodzi spędzić te kilkanaście godzin, bo klasa Sleeper nie rozpieszcza 😉

 

 

A więc tak. Weszliśmy do przedziału, który powinien mieścić 8 osób a zastaliśmy tam 14. Jak się okazało przy drugiej i trzeciej podróży pociągiem – to normalka, a Google kłamie pokazując niemal puste przedziały po wpisaniu „sleeper indian train” w wyszukiwarkę.

Nasze miejsca na górnych kuszetkach okazały się być rzecz jasna zajęte i to nie tyle przez ludzi, co ich bagaże. Chwila moment, napisałem „nasze”? Tak długo się upieraliśmy, że były nasze a Paulina wymachując biletem krzyczała „this is our wagon and our seats”, że nawet oni uwierzyli i zrobili miejsce. Nie uwierzył niestety Pan Konduktor, który zjawił się po kilkunastu minutach i wskazał nam na bilecie inną datę niż aktualnie była..

Dawno już nie najadłem się tyle wstydu. Dla Hindusów sprawa zakończyła się śmiechem a nawet miłym urozmaiceniem nudnej podróży, podczas gdy nam szykowała się prawdziwa podróż w nieznane. Musieliśmy wysiąść na najbliższej stacji, ale nikt nie był w stanie nam powiedzieć gdzie dokładnie. Z początku miała to być mieścina zaraz pod Delhi zwana Ghaziabad, potem jednak jakaś znacznie bardziej oddalona wioska, aż stanęło na tym, że wysiedliśmy ponad 3 godziny drogi od Delhi, w mieście Aligarh.

 

 

Pamiętam jak dwa lata temu musieliśmy zatrzymać się na noc w Mersing po drodze na Tioman, które niespodziewanie okazało się super miejscem ze świetnym hotelem i sympatycznymi ludźmi. Tym razem trafiliśmy jednak na prawdziwą norę, gdzie można by rzec, psy dupami szczekają – gdyby nie ten drobny szczegół, że niektóre z nich leżały akurat martwe pośród śmieci rozsypanych na głównej ulicy..

W pierwszej kolejności zaczęliśmy szukać noclegu i, owszem, kilka hoteli było zaraz koło dworca ale większość albo zajęta albo cholernie droga. Trafiliśmy więc na taki, który kosztował bodajże 700 INR za noc ale nie dość, że zachciało mi się targować, to wyszliśmy jeszcze, żeby sprawdzić konkurencję. Gdy pozostałe okazały się droższe, po powrocie do pierwszego, gdzie wytargowałem cenę 550, okazało się, że teraz tego pokoju już nie dostaniemy. Dlaczego? Po prostu nie i już. Możemy wziąć natomiast droższy pokój za 1000-coś rupii.

Skręciliśmy więc w kolejną ulicę z postanowieniem, że bierzemy co popadnie byle tylko ściągnąć ciężkie plecaki i w spokoju poszukać jedzenia. Mówisz i masz, po 5 minutach szukania Hotel Janta zaoferował nam pokój wyglądający jak cela śmierci za, bagatela, 750 rupii! Nie mamy w zwyczaju wybrzydzać, nawet gdy okazuje się, że jedyny kran w łazience jest na wysokości kolan, ale cena jak na Indie była po prostu kosmiczna. W końcu nie najgorszy pokój w New Delhi kosztował nas 400 rupii.

Aligarh po zmroku wygląda strasznie i jak w wielu innych miejscach (np. na Goa) co jakiś czas występują chwilowe przerwy w dostawie prądu. Nie jest wesoło, gdy jest się akurat na zewnątrz, więc cóż, trzeba było brać ten pokój skoro jeszcze był.

 

 

Nie mały problem mieliśmy z jedzeniem, ponieważ w ścisłej okolicy nie było ani jednej restauracji w zachodnim stylu, a tyle się przecież nasłuchaliśmy ostrzeżeń przed jedzeniem na ulicy.. Dla mnie wyjazd bez skosztowania ulicznej kuchni w Azji jest w ogóle bez sensu, toteż Indie nie były nigdy moim faworytem pod względem kierunków podróży. W Aligarh mieliśmy jednak niezłą wymówkę by olać kwestie bezpieczeństwa, bo zwyczajnie nie było alternatywy. W końcu niejedzenie to żadna alternatywa.

Szybko trafiliśmy na mały kramik oblegany przez mnóstwo osób, więc, raz kozie śmierć, postanowiliśmy spróbować. Jedzenie okazało się tak dobre i tak tanie (10 INR za ten sam posiłek, który w knajpach w Delhi kosztuje 100!), że braliśmy nawet dokładki. Zabawilibyśmy na ulicy znacznie dłużej, gdyby nie chmary komarów, które kąsały nas jak szalone.

Nazajutrz udało nam się znaleźć normalną już knajpę i jakoś przebiedowaliśmy do wieczora, kiedy ten sam pociąg, którym wczoraj przybyliśmy zabrał nas w 12-godzinną podróż do Gorakhpur. Kolejnego dnia pozostało nam już tylko przedostanie się do Sunauli, przekroczenie granicy i malownicza trasa ciągnąca się aż do Pokhary w Nepalu. O tym w następnym odcinku!

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Fuji Provia 100F / Kodak E100VS

 

Przykładowe ceny:

Lot SpiceJet Mumbai-Delhi – 2100 INR/os (109 PLN)
Hostel New King (Paharganj) – 400 INR/noc (21 PLN)
Tuktuk z Paharganj na dworzec DLI (Delhi Station) – 110 INR (5,70 PLN)
Woda 1l – 20 INR (1 PLN)
Mydło glicerynowe, zapachowe – 50 INR (2,60 PLN)
Magnes na lodówkę – 50 INR (2,60 PLN)
Koraliki, bransoletki, etc – 20 INR/szt (1 PLN)
Obiad dla 2 os. non-vegetarian w Delhi (Afghani Kebab, Chicken Biryani, lassi, woda, piwo) – 660 INR (34 PLN)
Wegetariańskie przekąski w knajpie w Delhi – 50-100 INR (2,50-5 PLN)
Wegetariańskie danie z ulicy w Aligarh – 10 INR (0,50 PLN)
Hotel Janta w Aligarh – 750 INR/noc (39 PLN)
Pociąg Delhi-Gorakhpur – 300 INR/os (15,50 PLN)
Bus Gorakhpur-Sunauli – 70 INR/os (3,60 PLN)
Wiza nepalska na przejściu w Sunauli – 25 USD/os (80 PLN)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *