Namaste Nepal!

Namaste Nepal!
Pokhara, Nepal.

 

Po opuszczeniu Aligarh, czyli miasta niespodzianki na naszej trasie, kolejnym przystankiem było Gorakhpur.

Nie licząc oczekiwania na spóźniony pociąg, sama podróż trwała nieco ponad 12 godzin. Pociąg, a co za tym idzie także nasz przedział wypchany był znów po brzegi i po raz kolejny zmuszeni byliśmy walczyć o miejsca na górnych półkach zajętych przez toboły pasażerów.
Do celu dotarliśmy ze sporym opóźnieniem, więc nie mając wiele czasu do stracenia ruszyliśmy na poszukiwanie autobusu, który zabrałby nas w dalszą drogę.

Omijając rzesze taksówkarzy i prywatnych kierowców, z których każdy kolejny wymyślał coraz lepsze ściemy, byśmy tylko zrezygnowali z publicznego transportu, odnaleźliśmy właściwy przystanek i jakimś cudem wcisnęliśmy się do tej puszki sardynek na czterech kołach.

Po ok. 2,5 godzinie wysiedliśmy w Sunauli, gdzie czekało nas tylko przejście przez granicę oraz ostatni i, jak się wkrótce okazało, najbardziej męczący etap drogi do Pokhary.

 

 

Sunauli to niewielka mieścina, której krajobraz składa się głównie z kurzu i ciężarówek blokujących drogę w obie strony. Tuż przed przejściem granicznym zatrzymywani byliśmy przez ludzi podających się za pracowników urzędu imigracyjnego, u których należało podbić paszporty oraz wymienić indyjską walutę, rzekomo zakazaną w Nepalu. Nieufni wobec wszystkich, których spotykaliśmy szliśmy naprzód aż przekroczyliśmy granicę i przez nikogo o nic nie pytani mogliśmy spokojnie łapać kolejny transport. Wszystko wydawało się zbyt proste, zwłaszcza, że w Nepalu turystom potrzebna jest wiza (25 USD – 15 dni), więc zaczęliśmy wypytywać o jakiś urząd, który przybiłby nam pieczątki abyśmy nie mieli problemów z opuszczeniem granic później. Okazało się więc, że trzeba się cofnąć na stronę indyjską i rzeczywiście podbić paszporty w niepozornym budynku, z którego nawoływali nas wspomniani Hindusi. Jeśli ktoś byłby wystarczająco odważny (bądź głupi..) mógłby jednak spokojnie wjechać do Nepalu bez wizy i opuścić go pozostając zupełnie niezauważonym, bo, pomimo obecności straży, granice nie są w żaden sposób kontrolowane (podobnie było w Kakarbhitta – przejściu granicznym na drodze do Darjeeling).

Wracając jednak do tematu, sprawy formalne u Hindusów trwały oczywiście wieki a co do wymiany waluty, był to rzecz jasna tani chwyt by dorobić trochę grosza na boku, więc przynajmniej w tej kwestii się nie pomyliliśmy. Z podbitymi paszportami wróciliśmy do urzędu po stronie nepalskiej i tam też zorientowaliśmy się, że pozostało nam zaledwie kilka minut aby złapać ostatni dzienny bus do Pokhary.

 


 

Nie licząc małej pizzy zabranej do pociągu od 16 godzin nie mieliśmy w ustach nic, podczas gdy upał i ciężkie plecaki powoli acz konsekwentnie wysysały z nas resztki energii. Wizja spędzenia kolejnych 9 godzin bez posiłku wydawała się być zabójcza, ale był to wybór zdecydowanie rozsądniejszy, niż czekanie do wieczora na nocny transport i przybycie do Pokhary dopiero kolejnego dnia. Cudem było więc to, że udało nam się pokonać całą tę trasę w niewiele ponad dobę..

Po opłaceniu nepalskiej wizy ruszyliśmy zatem do najbliższego biura lokalnego przewoźnika i za bodajże 300 NPR od osoby kupiliśmy bilety do Pokhary. Z Sunauli podjechaliśmy najpierw kilka kilometrów na pace jeepa a potem jeszcze mniejszym i ciaśniejszym autobusem niż poprzednio ruszyliśmy na spotkanie naszej nepalskiej przygody.

 

 

Choć poprzednie odcinki podróży do krótkich ani wygodnych nie należały, to dziewięć godzin spędzone w tym autobusie okazały się być prawdziwym szaleństwem. Głód, zaduch i nieopisana ciasnota to tylko wycinek całego obrazu. Żeby tego było mało, czaszki pękały nam od podmuchów gorącego wiatru z otwartych okien a każdy z mijanych dosłownie o centrymetry na wąskich drogach pojazdów wył melodyjnym klaksonem z takim hukiem, że oboje mieliśmy ochotę wyskoczyć przez wspomniane okno i zakończyć te męczarnie pod kołami którejś z ciężarówek. Smaczku dodawał fakt, że przez całą drogę kierowca puszczał na full Akona, Pitbulla oraz jakieś lokalne, folkowe hity, choć mieszanka ta akurat wyjątkowo przypadła mi do gustu przypominając czasy dzieciństwa, kiedy to jeździłem z wujkiem jego ospojlerowanym BMW a Dr Alban i inne eurodance’owe kawałki płynęły z głośników. Choć półprzytomna Paulina całą drogę uskarżała się na gorączkę i można śmiało powiedzieć, że oboje byliśmy bliscy zejścia, to drogowe szaleństwo w Nepalu zdecydowanie dołączy do niezapomnianych momentów mojego życia. Żałuję jedynie, że obijając co chwilę głową o szybę zgubiłem w końcu mój tunel z ucha, który leży teraz zapewne w jakimś wąwozie..

 

 

Gdy opuściliśmy autobus i skierowaliśmy się w ciemności nocnej Pokhary wreszcie dotarło do mnie, że jesteśmy w zupełnie innym kraju, zamieszkiwanym w dodatku przez zupełnie innych ludzi, niż tam, skąd przybyliśmy. Taksówkarze pytali grzecznie i po cichu czy jesteśmy zainteresowani podwiezieniem nas do hotelu. Na negatywną odpowiedź mówili „W porządku, miłego wieczoru” i zostawali nas tam, gdzie my zostawiliśmy ich. Nikt nas nie śledził kilometrami byśmy w końcu wzięli taryfę i nikt nie kłamał, że Godzilla akurat zburzyła nasz hotel i musimy wziąć inny. Ktoś, kto nie był w Indiach być może nie zrozumie o czym teraz mówię, bo sam bym tego nie zrozumiał.. Natomiast ktoś, kto słyszał na czym polegają tortury CIA z wykorzystaniem głośnej, ostrej i co najważniejsze, powtarzającej się w kółko muzyki, z pewnością prędzej to załapie. Nepal okazał się być po prostu tym momentem kojącej ciszy pośród nieustannych wrzasków, zaczepek, kłamstw i manipulacji, których w Indiach nie sposób uniknąć.

Droga do zabukowanego wcześniej hotelu okazała się być dość długa, więc ostatecznie zdecydowaliśmy, że wraz z spotkaną jeszcze w Sunauli turystką z Izraela złapiemy taksówkę. Miły chłopak zapakował nasze bagaże na dach samochodu i za dosłownie grosze podrzucił nas w część miasta znaną jako Lakeside.

 

 

Pokhara słynie z dwóch rzeczy. Pierwszą jest Annapurna, której szczyty wcześnie rano mogliśmy podziwiać z okien naszego hoteliku. Pokhara to także znakomita baza wypadowa do ABC, czyli Annapurna Base Camp – bardzo marzy mi się wypad w tym kierunku, jeśli dane nam będzie odwiedzić Nepal ponownie. Drugą z kolei jest Phewa Tal, drugie co do wielkości jezioro w kraju stanowiące piękny element krajobrazu, w którym, o ile szczęście i pogoda dopiszą, zdarza się ujrzeć odbicie Hilamajów.

 

 

Po emocjonującej nocy w nowym miejscu postanowiliśmy równie ciekawie spędzić najbliższe 1 i pół dnia, bo niestety tylko tyle udało nam się wygospodarować na Pokharę, z której czekała nas kolejna, długa przeprawa do Kathmandu.

 

 

Prócz buszowania po sklepach i głównej ulicy Pokhary zaplanowaliśmy sobie rejs po jeziorze oraz wyjście na wzgórze, które zdobi biała Shanti Stupa lub, jak kto woli, Peace Pagoda. Od czasu II Wojny Światowej Pagody Pokoju budowane są przez japońskich buddystów w wielu różnych miejscach na ziemi.

 


 

Na szczycie wzgórza złapała nas jednak ulewa, która trwała dobre dwie godziny i, mimo ukrywania się pod dachami okolicznych budynków, przemoczyła nas do suchej nitki. Jak wspomniałem, Paulina już dzień wcześniej uskarżała się na złe samopoczucie i praktycznie siłą zmusiłem ją do wejścia na szczyt. Schodząc w dół sam z kolei zacząłem odczuwać dreszcze a nogi plątały mi się jak po maratonie. Liczyliśmy też, że tego dnia odzyskamy siły na dalszą podróż jedząc więcej niż jeden posiłek na 30 godzin a skończyło się tak, że zjedliśmy jedynie śniadanie i kolację, którą pomimo głodu z trudem mogłem przełknąć.

 

 

Nie wspominałem chyba jeszcze o biegunkach i dziwnych miejscach, w których musiałem załatwiać swoje potrzeby z początku co kilka godzin a potem nawet co kilkanaście minut.

Po drugiej z rzędu nocy w Pokharze, która upłynęła mi pod znakiem ciągłego wstawania do toalety oraz dreszczy i litrów wody wypacanych w prześcieradło zacząłem powoli obawiać się o swoje zdrowie. Choć od kilku dni prawie wcale nie jedliśmy a spaliśmy bardzo krótko bądź również wcale jak w przypadku nocnej podróży pociągiem Paulinie rano się poprawiło. Ja natomiast nie byłem w stanie tego dnia ustać na nogach. Za kilka godzin mieliśmy opuścić Pokharę i wypadało jak najszybciej zorganizować sobie bilety na kolejny, 8- lub 9-godzinny autobus oraz co ważniejsze zjeść pożywne śniadanie i zobaczyć co się da. Śniadania znów nie mogłem przełknąć, bo zbierało mnie na wymioty a na dłuższe chodzenie nie miałem siły, więc skończyliśmy na krótkim spacerze i podjęciu decyzji o locie samolotem do Kathmandu zamiast wyczerpującej jazdy autobusem.

 

 

Z przykrością pożegnaliśmy Pokharę i o 14:45 zajęliśmy miejsca w malutkim Beechcrafcie lokalnych linii, który po zaledwie 30 minutach wyrzucił nas na lotnisku w Kathmandu. Zanim Paulina zaciągnęła mnie do restauracji na obiad zameldowaliśmy się w hotelu i kolejny raz spędziłem trochę czasu w toalecie zostawiając w niej ostatnie resztki siebie i swoich sił.. Na ten moment wiedziałem już, że dzieje się coś bardzo niedobrego ale prawdziwe skutki stołowania się na ulicy w Aligarh miałem odczuć dopiero za chwilę.

Duszności, suchość w ustach, która nie pozwalała mi przełknąć makaronu i zawrót głowy.. Tyle kojarzę z tego, co się wydarzyło w knajpie zanim obudziłem się, otoczony przez przerażone twarze, w innej pozycji niż pamiętałem, że byłem. Powoli odzyskując przytomność, z pomocą Pauliny i jakiegoś człowieka dotarłem do toalety, w której liczyłem, że wreszcie wyrzygam to, co doprowadziło mnie do takiego stanu. Zamiast tego kolejny raz skończyłem kucając nad dziurą w podłodze..

Po opuszczeniu restauracji wróciliśmy do hotelu i stamtąd właściciel zabrał nas na swoim motorze do szpitala, w którym spędziłem pod kroplówką najbliższe 20 godzin. Czy to było jedzenie w Aligarh, świeży ogórek kupiony z brudnej ręki po drodze do Pokhary (tu nie mam wymówki, po prostu byłem okrutnie głodny..) czy może zwykła kranówka, której używaliśmy codziennie do mycia zębów, tego się nie dowiem nigdy.

Wiem natomiast, że niezależnie od tego jak bardzo odpornym wydaje się, że się jest, nie można bagatelizować ostrzeżeń na temat zdrowia. Wiem też, że warto się ubezpieczać, bo 20 godzin w klinice w Kathmandu może kosztować nawet 3200 PLN czyniąc ją najdroższym hotelem, w jakim spędziłem noc. W tym miejscu dziękuję za karty Euro26, które sobie wyrobiliśmy przed wyjazdem i zdecydowanie polecam je wszystkim, którzy wybierają się w jakąś podróż.

A Kathmandu? Przez wypadki takie, jak ten, zamiast 3 dni pozostało nam znów tylko 1,5. Jeśli kogoś interesuje co więc robiliśmy, gdy nie siedzieliśmy akurat w pociągu, autobusie, toalecie lub szpitalu, może spokojnie zaglądnąć następnym razem, choć planuję już raczej więcej zdjęć niż tekstu 🙂

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Fuji Pro 160NS / Kodak E100VS
Diana F+ + Kodak Portra 160

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *