Kolkata & Kochi.

Kolkata & Kochi.
Kalkuta i Kochi, Indie.

 

Do Kalkuty dotarliśmy niemal równo ze wschodem słońca. Miasto jeszcze spało przykryte tonami śmieci, kiedy złapaliśmy pierwszą z brzegu taksówkę i ruszyliśmy na poszukiwania hostelu, którego podobnie jak w przypadku Darjeeling nie zarezerwowałem wcześniej.

Po ciężkich negocjacjach i długim oczekiwaniu na zwolnienie pokoju dostaliśmy wreszcie swoje wymarzone cztery kąty z wypasioną łazienką gdzieś na Sudder Street i ostro wymęczeni kolejną nocną podróżą ucięliśmy sobie krótką drzemkę.

 

 

Wpadliśmy tutaj tylko na jeden dzień – to zdecydowanie za mało by poznać choćby kawałek miasta, więc przyznam bez bicia, że nawet nie próbowaliśmy. Od tego momentu chcieliśmy jedynie aby reszta podróży była lekka i przyjemna, w czym miały nam pomóc między innymi przeloty miejscowymi liniami oraz dłuższe odpoczynki w kolejnych miastach. Z takim leniwym nastawieniem wytoczyliśmy się resztkami sił na rozgrzane ulice dawnej stolicy Brytyjskich Indii..

 

 

Kalkuta sprawiła wrażenie bardzo fajnego miasta. Szerokie ulice, piękna architektura, dużo zieleni.. Brakowało tylko dzikich zwierząt i, jak stwierdziła Paulina, byłaby wspaniała lokacja do nowego Jumanji. A gdyby jeszcze pozbyć się całego brudu, który zalega w mieście i zmusić te tysiące śpiących na chodnikach żebraków do roboty to, pomijając brak nowoczesnych drapaczy chmur, Kalkutę można by pomylić z Singapurem. Szkoda tylko, że takie wizje pozostaną jedynie w strefie marzeń. Nie mój kraj i nie moje obyczaje, ale, Panie Gandhi, tak to sobie wyobrażałeś? Myślę, że nie.

 

 

W Kalkucie, podobnie jak w wielu innych miastach nie wolno robić zdjęć. W metrze nie wolno (tak, w Kalkucie jest metro!), na słynnym moście Howrah nie wolno, na klatkach schodowych też nie wolno.. Od Delhi aż po Mumbai, gdzie się nie ruszyłem, to jakiś człowiek zawsze wyłaniał mi się zza pleców i mówił, że nie wolno. No ja pier****! Ale płacić za wszystko trzeba. Najśmieszniejsze jest to, że w przypadku takiego Victoria Memorial, nie płacisz za wstęp przy samym wejściu do muzeum znajdującego się w środku, ale 300 metrów wcześniej. Jeśli tylko się da postawić bramki wcześniej, Hindusi właśnie tak zrobią i zmuszą Cię do płacenia haraczu jeszcze zanim się zdecydujesz czy aby na pewno warto jest wchodzić do środka. A dlaczego nazywam to haraczem? Tylko i wyłącznie dlatego, że jako obcokrajowiec znów płacisz 150 INR/os, czyli 15 razy więcej niż miejscowi. Ci to mają głowę do interesów.. 😛

 

 

Choć tak, jak mówię, Kalkuta wydała mi się być pięknym miastem, trzeba uruchomić spore pokłady wyobraźni, by dostrzec to, co kryje się pod płaszczem brudu, smrodu i zaniedbania. Na moich zdjęciach nie zobaczycie więc prawdziwej Kalkuty, bo byłaby zwyczajnie brzydka.. W zasadzie wcale nie zobaczycie Kalkuty, bo zrobiłem tam tylko cztery klatki 😉

Co innego Kochi.. Portugalczycy też budowali swoje imperia, ale robili to na tyle „skromnie” i dawno temu, że teraz, w przeciwieństwie do Królowej Wiktorii, nie muszą się przewracać w grobach patrząc czy ich miasta przypadkiem nie popadają w ruinę.

 

 

Do Kochi przybyliśmy liniami IndiGo lecącymi z jedną małą przesiadką z Kalkuty. Bardzo fajne tanie linie, do których europejski Ryanair czy Wizz się nie umywa. Przestrzenie między fotelami jak w Qatarze, do tego czyste i nowe maszyny.. Super! Przesiadkę mieliśmy w Hyderabadzie i po lekko ponad 5 godzinach wysiedliśmy w jednym z najpiękniejszych stanów Indii, czyli Kerali.

 

 

Kerala słynie z przypraw, które przywiózł do Europy Vasco da Gama oraz słynnych rozlewisk, o których wspomnę nieco w kolejnym poście. Nas natomiast najbardziej kręciło właśnie to, by odkryć ten portugalski zakątek Indii i porównać go z tym, co widzieliśmy już w Macau i Brazylii. Podążając więc śladami dawnych kolonizatorów zatrzymaliśmy się w samym środku dzielnicy Fort Kochi i stopniowo eksplorowaliśmy to piękne miasteczko oraz kosztowaliśmy wspaniałej kuchni, na którą tak długo czekałem.

 

 

Fort Kochi jest stosunkowo niewielkie i w ciągu kilku godzin można zwiedzić właściwie wszystko. Głównymi pozostałościami po Europejczykach są niezliczone ilości kościołów i kaplic, ale jest tu także tak zwane Jew Town, gdzie można nabyć mnóstwo miejscowego rękodzieła oraz antyków (w tym setki starych aparatów) a także odwiedzić XVI-wieczną synagogę – najstarszą w całej brytyjskiej wspólnocie narodów.

 

 

Wspominając Vasco da Gamę, warto zaznaczyć, że, choć Kochi odkrył dopiero podczas swej drugiej ekspedycji do Indii, to właśnie tutaj zmarł na malarię dokładnie w wigilię 1524 roku. Zanim jego zwłoki powróciły do Portugalii pochowano je w pobliskim kościele Św. Franciszka, gdzie do tej pory leży płyta nagrobna z jego imieniem.

 

 

Ogólnie rzecz biorąc, Kochi to zupełnie inny świat niż ten, którego do tej pory doświadczaliśmy w Indiach. Rześka, morska bryza łagodziła upały, jedzenie było czymś więcej niż tylko ryżem z jakąś wegetariańską papką a ludzie nie mieli zwyczaju zaczepiać nas na każdym kroku. To tutaj wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy na wakacjach a nie na obozie przetrwania. Głównie z tego względu będę darzył to miejsce sporym sentymentem i, choć widzieliśmy zaledwie wycinek subkontynentu indyjskiego, wydaje mi się, że każda podróż do Indii powinna się zaczynać i kończyć właśnie w Kochi.

 

 

Więcej zdjęć z Kerali w następnym odcinku a dalej już tylko Goa i Mumbai.

* * *

Samolot Kolkata-Kochi – 4500 INR/os (240 PLN)
Autobus Kochi Airport-Fort Kochi – 70 INR/os (3,70 PLN)
Nocleg w Maison Casero Homestay, Fort Kochi – 800 INR/noc (43 PLN)

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Kodak E100VS / Kodak Portra 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *