Goa.

Goa.
Colva, Indie.

 

Po kilku dniach w Kochi przyszedł czas na opuszczenie Kerali i podjęcie dalszej drogi – tym razem na północ. Czekając na autobus mający zabrać nas na lotnisko zaczepił nas pewien starszy, sympatyczny Pan i, jak się wkrótce okazało, od tego momentu podróżowaliśmy już razem.

 

 

W ciągu 3 godzin tanimi liniami SpiceJet dolecieliśmy z Kochi do Dabolim zabierając jeszcze kilku dodatkowych pasażerów podczas krótkiego międzylądowania w Bangalore.

Nasi znajomi, Dorota i Andrzej, byli na Goa rok wcześniej, więc bez zbędnego kombinowania stwierdziliśmy, że wybierzemy się w sprawdzone przez nich miejsce, czyli na Colva Beach leżące ok. 30km od lotniska. Mając to szczęście, że poznaliśmy jeszcze w Kochi starszego jegomościa, który podróżując „w ciemno” stwierdził, że zabierze się z nami udało nam się nieźle zbić cenę taksówki i za 350 INR (17 PLN /3os) dotarliśmy na miejsce.

 

 

Colva Beach z uwagi na weekend okazała się być masakrycznie zatłoczona a my zupełnie zdezorientowani w którym kierunku ruszyć. Thomas Duddy, 80-letni Amerykanin, który od tego momentu stał się naszym pełnoprawnym kompanem podróży z uwagi na swój wiek i problemy ze wzrokiem chodził z prędkością żółwia stawiając nas tym samym w dość kłopotliwej sytuacji, kiedy to nie byliśmy pewni czy marnować własne siły na powolne błądzenie z nim po miasteczku czy zostawić go samego na środku ulicy i w pierwszej kolejności zadbać o swój interes – a przy 50-stopniowym upale nic nie wydaje się być ważniejsze niż zrzucenie plecaków i spokój ducha, że mamy dach nad głową.

Po kilku wizytach w okolicznych pensjonatach, gdzie cenniki skopiowano chyba z tych na Barbados (1200 INR/noc) to jednak Thomasowi udało się zorganizować nam nocleg za co byliśmy niezmiernie wdzięczni. Napotkany przez niego chłopak wskazał nam drogę do swojego skromnego guesthouse’u i już po chwili mieliśmy bazę na najbliższe pięć nocy.

Golden Rose Cottages prowadzone przez sympatycznego Constancio Crasto (0989 055 6868) i jego brata wyglądającego jak indyjski Akon nie spełni co prawda nawet 1-gwiazdkowych wymogów fanów wycieczek all-inclusive ale w cenie mieliśmy wentylator, który omal nie urwał mi palca oraz kilka pająków i prawdziwą pielgrzymkę mrówek, które zbierając zapasy przed nadchodzącym monsunem któregoś dnia dobrały się do paczki orzechów w moim plecaku. Lubię spartańskie warunki, bo dają nam rzeczywisty pogląd na to, co jest nam do życia faktycznie niezbędne. Drugą rzeczą, którą lubię to, jak wiadomo, niskie ceny – 350 INR za noc, czyli łącznie 1750 INR za cały pobyt (85 PLN), kiedy w burżujskich bungalowach chcieli prawie tyle samo za jedną (!) dobę.

 

 

O ile akurat nie leżeliśmy na plaży a Thomas nie wyruszał na piesze wędrówki do okolicznych wiosek, sporo czasu spędzaliśmy na wspólnych pogawędkach. Podczas tegorocznej podróży naprawdę dużo się przemieszczaliśmy w związku z czym spotkaliśmy kilka osób, których historie w mniejszym lub większym stopniu mieliśmy okazję poznać. Przypadek z poczciwym Thomasem był jednak z goła inny, bo rzadko się zdarza by taka para podróżnych socjopatów jak my trzymała się z kimś tak długo.

Thomas posiada w Indiach status stałego rezydenta i, z krótkimi przerwami, jest już w tym kraju od ok. ośmiu lat. Jako emerytowany profesor literatury rozpoczął swoją przygodę z Indiami, gdy w ’94 odwiedzał swojego brata mieszkającego i pracującego w Nepalu.

Choć sam często wspominał o nonsensach indyjskiej biurokracji, korupcji w policji (której swoją drogą też mieliśmy okazję posmakować..) i zwykłym chamstwie mieszkańców, to kieruje nim chyba jakaś wewnętrzna miłość do Indii. Podobną, często nieodwzajemnioną miłość zaobserwowaliśmy u wielu innych podróżnych. Nam się ona nie udzieliła, ale rozumiemy to w stu procentach, bo takie właśnie uczucie żywimy w stosunku do Chin.

Tak czy inaczej, powodem, dla którego Thomas wybrał się w podróż po Goa jest, jak mówił, próba odnalezienia miejsca, w którym będzie mógł osiąść już na stałe, gdy tylko sprzeda swój apartament na Manhattanie. Miałem ochotę spytać ile by chciał za ten apartament, ale gdy dodał poetycko, że tu chce czekać na „koniec swych dni” poczułem dziwne ukłucie w sercu.

 

 

Dopóki do pokoju obok nie wprowadził się pewien starszy Grek z Grecji, byliśmy jedynymi obcokrajowcami w promieniu kilku, jak nie kilkunastu kilometrów. Nie licząc tylko Rosjan z Rosji, dla których okoliczne bary mają nawet szyldy i menu zapisane cyrylicą.

Pomijając ten tłoczny od lokalnych mieszkańców weekend można by rzec, że byliśmy na turystycznym pustkowiu, jakim Goa staje się tuż przed monsunem. Okoliczne knajpy wyprzedają resztki mrożonych ryb po czym zamykają biznes na cztery spusty, tzw. „beach shack’ów” na plaży już dawno nie ma a piasek, prócz krabów, przemierzają jedynie gromady bezpańskich psów.

Te ostatnie to prawdziwa zmora goańskich plaż a wieczorami, gdy następują przerwy w dostawie prądu i robi się naprawdę ciemno wygłodniałe psy mogą być nawet niebezpieczne. Razu pewnego mieliśmy poważne wątpliwości czy Thomas, który cierpi na poważne problemy ze wzrokiem dotrze na noc do domu. Na szczęście ktoś wypatrzył go błąkającego się po plaży i eskortował do domu. Uniknął tym samym uszczerbku na zdrowiu przy ewentualnym bliskim spotkaniu z palmą czy jakimś żywym stworzeniem, ale za to zdołał nabić sobie porządnego krwiaka na czole wychodząc z łazienki. Mam słabe nerwy, więc widząc go bladego i ledwo trzymającego się na nogach w dodatku z krwią na czole, myślałem, że to już koniec naszej wspólnej podróży i jeden z pasażerów zaraz opuści statek. Cała sytuacja z Thomasem w tym wyludnionym guesthousie z pełnymi piasku i krat w oknach pokojami za bardzo kojarzyła mi się z Zawodem: Reporter. Co mu zresztą później powiedziałem, nie pamiętając niestety tego najbardziej błyskotliwego angielskiego tytułu jaki można było wymyślić do tegoż właśnie filmu.

 

 

Nie samym słońcem i piaskiem człowiek żyje, więc jeden dzień na Goa przeznaczyliśmy na pewną specjalną aktywność, która zamarzyła mi się jeszcze w Malezji dwa lata temu.

Czekając w Mersing na autobus, który miał nas zabrać do Singapuru minęła nas cała kolumna starych Royal Enfieldów. Choć któreś z tych motocykli mogły być w rzeczywistości nawet Triumphami, nazwa Royal Enfield zapadła mi na trwałe w pamięć, podobnie jak i postać dowódcy całej ekipy, który kiwnął mi sympatycznie głową sugerując chyba, że zamierzają jechać dalej i powinienem już podnieść swoją szczękę z chodnika. Marzyłem więc sobie o takiej małej przygodzie na indyjskim Enfieldzie, robiąc nawet na sucho szybki kurs ruszania i zmiany biegów wg instrukcji z YouTube.

W Indiach okazało się jednak, że aby prowadzić motocykl trzeba posiadać prawo jazdy (kto by pomyślał?!), że wynajęcie Enfielda jest drogie, że sprzęt ciężki, że wygodniejszy skuter.. No i tyle zostało z moich marzeń, bo zwyczajnie wycykałem swojego pierwszego razu na motorze i wzięliśmy cholerny skuter.

Rzecz jasna prawko tutaj też było wymagane i, choć Paulina zapewniała, że ma je ze sobą, to na miejscu musieliśmy kłamać, że nasz dowód osobisty to polskie prawo jazdy.

 

 

Gdy tylko wsiedliśmy na tę japońską bestię (Honda Activa 100cm3), szybko zapomniałem o Royalu a nawet ucieszyłem się, że go nie wzięliśmy. Pierwsze 40 kilometrów prowadziła bowiem Paulina, bo kłamię nieumiejętnie i mimo, że z „prawko-dowodem” trik przeszedł, to idiotycznie przyznałem się, że tylko Paulina je ma. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałaby prowadzić Enfielda ale nie dlatego, że mogłoby to być trudne, tylko dlatego, że ja siedziałem z tyłu jako pasażer dorzucając swoje 75-kilo do wagi maszyny.

Skuterem jechało się całkiem nieźle, bo zarówno Paulina świetnie prowadziła jak i ja czułem się super pilotem podczas manewrów na skrzyżowaniach i rondach. Tutaj dwie pary oczu były nieocenionym atutem, bo nie muszę chyba mówić, że miejscowi kierowcy znajomość przepisów drogowych mają głęboko gdzieś a ruch lewostronny wcale nie ułatwiał sprawy.

Kłopoty pojawiły się jednak tuż przy wyjeździe z położonego niedaleko miasta Margao. Na głównej drodze stała sobie drogówka łapiąc właśnie takich naiwniaków jak my. Tym razem numer z prawkiem nie przeszedł, bo policjant chciał od nas indyjskie lub międzynarodowe. Szczęśliwie dla nas 200 rupii (10 PLN) „kary” załatwiło sprawę i gliniarz zapewnił nas, że w drodze powrotnej nikt nas nie będzie zatrzymywał, więc możemy być spokojni.

W porządku więc. Jedziemy dalej, nabijamy kolejne kilometry, tankujemy, prujemy dalej i już prawie, prawie dojeżdżamy do celu a tu kolejny patrol! Tym razem nie było już tak miło, bo musieliśmy odstawić skuter, podejść do radiowozu i wysłuchać całej tyrady o tym, co zrobiliśmy nie tak i co nam za to grozi. Mówiący bezbłędną angielszczyzną gliniarz-kozak, który przygotowywał się do zawodu oglądając chyba amerykańskie seriale policyjne z lat 70 stał nad nami w tych swoich ciemnych okularach i po monologu, który musiał go nieźle napompować wyciągnął istniejący jednak kodeks drogowy i wskazując palcem na poszczególne paragrafy  kazał Paulinie czytać na głos. Jako, że Pauliny angielski aż tak płynny nie był, kazał czytać mnie. Gdy doszedłem do wysokości grzywny za prowadzenie pojazdu bez uprawnień ot tak z dupy spytał czy łańcuszek od babci, który akurat niedawno wyciągnąłem z szuflady i zacząłem nosić jest ze złota. Hmm…

Owszem, byliśmy winni stawianych zarzutów i powinniśmy ponieść karę, ale sytuacja zaczynała przybierać dziwny obrót. Tłumaczenie, że raz już zostaliśmy zatrzymani i teraz próbujemy wrócić do domu na nic się zdało i ostatecznie gliniarz sam zaproponował łapówę w wysokości 2000 INR (!). Szczęście w nieszczęściu, że udało się zbić tę kwotę o połowę i po pozbyciu się 1000 INR z portfela (ok 60 PLN przy ówczesnym kursie) mogliśmy się wreszcie zmyć.

 

 

Na dalszej trasie prowadziłem już ja z nadzieją, że więcej takich sytuacji nam się nie przydarzy.

Podsumowując rachunki dojazd do Old Goa (port. Goa Velha), bo właśnie to miasto było celem naszej wycieczki, kosztował nas przy ówczesnym kursie nieco ponad 100 PLN a mógł zaledwie 30 PLN, gdybyśmy mieli prawo jazdy..

 

 

Od Colva do Old Goa dzieliło nas w sumie 50-parę kilometrów a w mieście, które wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO mogliśmy pozwiedzać całą gamę kościołów budowanych niegdyś jeden obok drugiego przez Portugalczyków. Sporą frajdę sprawiło nam jeżdżenie z miejsca na miejsce i oglądanie zniszczonych przez czas, kolonialnych rezydencji, których było pełno w mijanych po drodze wioskach.

Gdybyśmy mieli odwiedzić Old Goa jakimś tradycyjnym środkiem komunikacji, bylibyśmy raczej rozczarowani. Skuter sprawił jednak, że przeżyliśmy fajną przygodę a ja wreszcie mogłem chociaż otrzeć się o spełnienie marzenia, które zrodziło się kiedyś w mojej głowie. Łącznie zrobiliśmy ok. 120 kilometrów trasy, spaliliśmy kilka litrów benzyny a przy 75km/h mieliśmy wrażenie, że zaraz skoczymy w nadświetlną.

Po powrocie na Colva Beach, korzystając z nieobecności Thomasa zrobiliśmy sobie drinki z miejscowym rumem i skrycie postanowiłem, że jeszcze w te wakacje zrobię sobie prawo jazdy na motocykl. Jako, że mamy już 29. sierpnia, wiem niestety, że w te wakacje egzaminu zdać już nie zdążę, ale jestem na dobrej drodze, żeby to zrobić we wrześniu.

Szóstego dnia przyszedł czas abyśmy spakowali swoje bagaże i wyruszyli w dalszą drogę do ostatniego z miast na naszej mapie, Mumbaiu. Tuż przed wyjazdem na lotnisko, gdzie czekał nasz samolot GoAir pożegnaliśmy się z Grekiem z Grecji, który dzień wcześniej przyrządził nam smaczną rybę na kolację oraz sympatycznymi braćmi prowadzącymi ten barwny przybytek a także z moim ulubionym Thomasem, który prawdopodobnie wciąż szuka wymarzonego miejsca by dożyć późnej starości. Żałuję, że to nie my zamieszkamy w jego nowojorskim mieszkaniu, ale mam nadzieję, że któregoś dnia wszyscy znajdziemy to, czego szukamy.

 




 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Fuji Pro 160NS
Diana F+ + Kodak Kodacolor Gold 400

 

*           *           *
Przykładowe ceny:

Taxi Dabolim-Colva – 350 INR (17 PLN)
Mapa Goa – 40 INR (2 PLN)
Internet Cafe – 10 INR/15min (0,50 PLN/15min)
Mrożona kawa w sieciowej Cafe Coffee Day – 90-130 INR (4-7 PLN)
Omlet – 40-70 INR (2-3,50 PLN)
Naleśniki z owocami – 160 INR (7,50 PLN)
Ryba na plaży – 180-280 INR (8,50-13,50 PLN)
Bacardi Breezer na plaży – 200 INR (10 PLN)
Lokalny rum Old Monk 180ml – 50 INR (2,50 PLN)
Tuk-Tuk Colva-Dabolim – 400 INR (20 PLN)
Nocleg w Golden Rose Cottages – 350 INR/noc (17 PLN)
Skuter (cały dzień) – 200 INR (10 PLN)
Tankowanie do pełna (52 INR za litr) – +/- 250 INR (12,50 PLN)
(Goa jest stanem, w którym cena benzyny jest nawet niższa niż Diesla i ponad dwukrotnie niższa niż w Polsce)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *