Menara Gardens.

 

Menara Gardens.
Marakesz, Maroko.

 

 

Pierwszy dzień w Marakeszu zleciał nam na poznawaniu medyny, buszowaniu po targach i wizycie w Ogrodzie Majorelle, o którym nie napisałem jednak wiele, bo myślę, że lepiej go zobaczyć niż o nim czytać.

Jardin Majorelle leży tuż za murami starego miasta na drodze prowadzącej do nowych dzielnic Marakeszu – z placu Jemaa el-Fna to może 20 minut pieszej wycieczki. Jedyne co odstrasza to cena wstępu – 75 MAD od osoby za wstęp do ogrodu i mieszczącego się wewnątrz muzeum kultury Berberów.

 

 

Dzisiaj natomiast wolałbym napisać trochę o Ogrodach Menara, które odwiedzaliśmy nawet kilkukrotnie podczas naszego pobytu.

 

 

Drugiego dnia wybraliśmy się na miejsce jeszcze przed południem, bo jak sądziłem światło będzie po właściwej stronie i XVI-wieczny pawilon ładnie zaprezentuje się na tle gór wyrastających na horyzoncie. Trochę zawiódł jednak mój zmysł orientacji i na miejscu odkryliśmy, że pasmo Atlasu jak i sam budynek znajdują się po południowej, zacienionej jeszcze stronie, co popsuło nieco moje plany zdjęciowe. Z tego też powodu przyszliśmy, a właściwie przyjechaliśmy jeszcze raz pod wieczór, kiedy to na nieszczęście bramy okazały się być zamknięte (wstęp darmowy ale otwarty jedynie do 17..) i po raz kolejny pojawialiśmy się nazajutrz.

 

 

Ogrody Menara nie są typowymi ogrodami, jakich można by się spodziewać. Ich funkcja była i nadal jest przede wszystkim praktyczna. Prócz wielkiego zbiornika służącego do nawadniania terenu i zdobionego szmaragdowo-zieloną dachówką pawilonu Ogrody Menara to nic innego jak rozległe gaje oliwkowe, w których od września prowadzone są zbiory owoców.

Nikomu to jednak nie przeszkadza w odwiedzaniu tego urokliwego miejsca – między rzędami drzew całe rodziny rozkładają koce by wspólnie oddać się odpoczynkowi lub spożyć posiłek. Czytałem, że podobnie ludzie spędzają czas w coraz bardziej fascynującym mnie Iranie (Radio Teheran na Trójce jest temu winne..) i z łezką w oku mogę szukać w pamięci momentów, kiedy u nas taki właśnie rodzinny piknik (nie grill z kiełbasą i piwem) był czymś naturalnym. Bardzo miło było nam też obserwować młode marokańskie pary kryjące się gdzieś w cieniu oliwek i, choć może bardzo „niemodnie” oświadczyłem się Paulinie na kocu z jajkiem i pomidorem w ręce, myślę, że to była jednak ta właściwa opcja.

 

 

Po Marakeszu zapraszam na relacje z Fezu!

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji NPS 160 / Kodak Ektar 100 / Kodak Portra 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *