FÈS II.

 

Fès II.
Fez, Maroko.

 

Zgodnie z obietnicą wrzucam ostatnie kwadraty z podróży. Nie ma tego dużo, ale kilka z nich bardzo lubię.

 

 

Na początek może jednak te mniej lubiane, czyli z farbiarni skór, gdzie światło padało akurat od drugiej strony. Dostać się tam było niełatwo, mimo, że mieliśmy mini-mapę z zaznaczonym orientacyjnie celem. Najłatwiejszym sposobem jest spytanie pierwszej lepszej osoby o kierunek i dotarcie z nią na miejsce w zamian za niewielką opłatę. My, idąc na własną rękę, dotarliśmy w okolicę farbiarni śledząc japońskie wycieczki zorganizowane ale ostatecznie i tak wylądowaliśmy w punkcie, w którym musieliśmy zapytać kogoś miejscowego o pomoc.
Pierwsze wrażenie to oczywiście przeokropny smród amoniaku – po chwili jednak można się przyzwyczaić i spędzić chwilę na tarasie jednego z pobliskich budynków obserwując pracę garbarzy.

 

 

Będąc w Fezie, tuż po przejściu przez główną bramę starego miasta, czyli Bab Bou Jeloud warto zatrzymać się choć na chwilę w jednej z knajpek usytuowanych tuż przy wąskiej ulicy. Kolorowe stoliki upchnięte na wznoszących się stopniach stanowią fajne miejsce do obserwacji potoku ludzi przepływającego nieustannie w górę i w dół zbudowanej na wzgórzu medyny. Po zmroku można odnieść nieodparte wrażenie, że jest się nie w prawdziwym mieście a na planie filmu, gdzie za tekturowymi fasadami budynków kryją się ekipy oświetleniowców i statystów czekających na swą kolej by dołączyć do tłumu.
Być może to za sprawą sztucznego, często o różnej temperaturze barwnej światła ten odcinek wydał mi się taki magiczny a może to towarzyszące mi skojarzenie, że niemal żadna scena w Casablance nie wyszła poza teren studia Warner Bros sprawiało, że noc w medynie nabierała swego rodzaju onirycznego klimatu.

 

 

Swoją drogą obiecałem wtedy Paulinie, że pokaże jej miniaturowe plany filmowe, na które się kiedyś natknąłem w sieci, więc pokażę je i Wam – tutaj. Jeden z nich, choć może najmniej dopracowany, dotyczy właśnie wspomnianej Casablanki.

 

 

Jak pisałem wcześniej, na Fez nie mieliśmy zbyt wiele czasu, bo zaledwie 1 i 1/2 dnia, więc swoje kroki kierowaliśmy zasadniczo tylko po fascynującej medynie. Jednymi z istotniejszych punktów starego miasta, o których wypadałoby wspomnieć są medresa Bou Inania oraz meczet Al-Karawijjin. Oba wyglądają przepięknie i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jeśli coś widnieje na liście UNESCO (a widnieje cała medyna Fezu!), to jest to faktycznie warte wizyty.

 

 

Po drugiej i dość krótkiej nocy w Fezie przyszedł niestety czas na powrót do Polski. Kolejny raz opuszczaliśmy nasz tymczasowy dom w zupełnych ciemnościach i, ku uciesze Pauliny, stwierdziłem, że to dobry moment by wreszcie pożegnać się ze starymi mokasynami timberlanda, które śmigały ze mną od 2011r. i zjechały jakieś 73 000km. O ile nikt się nie pokusił o ich ściągnięcie, wiszą teraz na jednym z przewodów elektrycznych nad ciasną, feską uliczką (bez obaw – z dala od strefy unesco).

Wiszące buty obserwowałem setki razy i zawsze zastanawiało mnie – dlaczego?
Różne teorie słyszałem, od takich, że ktoś po prostu zrobił komuś na złość i ten drugi musiał wracać boso, po takie, że gdzieś nieopodal znajduje się szewc albo diler.. Może ktoś z Was wie jak jest naprawdę z tymi butami na kablach i czy bardziej ubarwiają czy może szpecą miejski krajobraz?

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Provia 400X

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *