San Diego: Kalifornijski sen.

 

San Diego: Kalifornijski sen.
San Diego, Kalifornia, Stany Zjednoczone.

 

Do San Diego przybyliśmy późnym wieczorem 1 listopada. Pamiętam dokładnie jak wychodząc z lotniska i czekając na autobus mówiłem Paulinie, że czuję, że będzie ekstra. Ciepłe powietrze w nozdrzach napawało mnie spokojem i w końcu docierało do mnie, że spełniło się to, o czym tak długo marzyłem, czyli nasz mały „kalifornijski sen” stawał się rzeczywistością.

 

 

Macie ten zwyczaj wymyślania życzeń przechodząc tunelem lub mostem pod przejeżdżającym pociągiem? Rany, ile takich mostów życzeń było w Chicago. Moje marzenie było zawsze tylko jedno i tym mocniej marzyłem o Kaliforni, im zimniej robiło się w Illinois.

Dzień przed wylotem wypadało Halloween. To był nasz ostatni dzień w wietrznym mieście. Nie zapomnę zamieci śnieżnej, która nas dopadła, gdy wracaliśmy na piechotę z kina (z „Halloween” Carpentera a jakżeby inaczej) po wcześniejszym pożegnalnym piwie ze znajomymi. Tym sposobem zaliczyliśmy w USA wszystkie pory roku, kilka większych świąt i choć nie był to wymarzony road trip przez wszystkie stany, to, jakby nie patrzeć, byliśmy przecież i na wschodzie i na zachodzie.

 

 

A więc tak..

1 listopada wysyłamy ostatnie paczki do Polski, nowi lokatorzy (Ania i Michał) już się niecierpliwią by wejść do mieszkania, my ledwo wyrabiamy się na lotnisko – ostatecznie jednak przyjazny Spirit zabiera nas w długo oczekiwaną podróż z krótkim międzylądowaniem w Las Vegas.

Las Vegas jest przepięknie położone a w świetle zachodzącego słońca wyglądało jak ze snu. Zamknięci na lotnisku McCarran w okrągłej hali odlotów wypełnionej jednorękimi bandytami patrzyliśmy przez szyby jak ostatnie promienie ustępują blaskowi neonów, żałując odrobinę, że Vegas musimy sobie zostawić na następny raz. Nie takie jednak cuda były jeszcze przed nami.

 

Czyżby to Mike Ehrmantraut z „Breaking Bad” na lotnisku w Vegas?

 

San Diego wybraliśmy ze względu na bliskie sąsiedztwo Meksyku. Nasz pierwotny plan zakładał bowiem wizytę w Tijuanie, gdzie skromnie liczyliśmy na przebicie paszportów i dalszy pobyt w Stanach. Co jednak gdyby ten plan nie wypalił?

Gdyby wbili nam wizę tylko na kilka dni, nic by się nie stało, w końcu i tak mieliśmy już samolot – gorzej byłoby jednak gdyby nie wbili nam wizy wcale, nasz dobytek zostałby po stronie amerykańskiej (znamy taki przypadek) a my musielibyśmy organizować transport do Polski z Meksyku. Zobaczylibyśmy szemraną Tijuanę ale przepadłoby nam Palm Springs i Los Angeles? Takie obawy zaczęły nam dokuczać im bliżej było naszego wyjazdu, toteż aby odpuścić sobie niepotrzebny stres odpuściliśmy też i Meksyk.

 

 

Szczęśliwie jednak o bardziej meksykańskie miasto w tej części Stanów byłoby trudno i meksykański Dzień Zmarłych obchodziliśmy właśnie tam, co możecie zobaczyć w kolejnym, typowo „zdjęciowym” poście klikając T U T A J.

 

 

Dzień Zmarłych obchodzony jest w starej części San Diego, do której mieliśmy dosłownie rzut beretem wybierając najtańszy motel z możliwych – EZ8 Old Town. Przylatując po zmroku złapaliśmy autobus do centrum miasta i tam przeskoczyliśmy na tramwaj zwany potocznie trolleyem w kierunku Old Town. Do motelu było raptem 10 minut piechotą, choć miejsce na uboczu, jak to zresztą często bywa. Po dotarciu przywitały nas policyjne radiowozy migające kolorowo w ciemnościach, a idąc z kluczami wzdłuż rzędów jednakowych pokoi zastanawiałem się jakie historie mogą się kryć za poszczególnymi drzwiami.

 

 

Rankiem zobaczyliśmy niektórych lokatorów – jedni wyglądali na równych gości a inni, jak choćby pewna para jeżdżąca rozklekotanym Chevy Malibu z dzieciakami, które dawno nie zaznały kąpieli podsycali tylko moją wyobraźnię, co do tego jak wygląda Kalifornia i na kogo można tu trafić.

 

 

Bezdomnych, najczęściej młodych ludzi było w pewnych miejscach bez liku. Wszyscy boso, okupujący tunele, mieszkający w namiotach i przewożący swoje dobytki w wózkach z supermarketu. Nocne eskapady przyprawiały może o nieco szybsze bicie serca, ale mimo to miasto sprawiało wrażenie pięknego i czystego.

 

 

Co więc warto zobaczyć? My zdecydowaliśmy się na spędzenie sporej ilości czasu w malowniczym Balboa Park, w którego bezpośrednim sąsiedztwie jest wiele różnych ogrodów i muzeów, poczynając od historii naturalnej i na aeronautyce kończąc. Old Town i Dzień Zmarłych były oczywiście naszym priorytetem. USS Midway był również wart zobaczenia a tak poza tym robiliśmy to, co lubimy najbardziej, czyli włóczyliśmy bez sensu z przerwami na wyśmienite i, przede wszystkim, tanie w tych stronach burrito.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Provia 100F
Pentax LX + Fuji NPS 160

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *