Cabazon, CA.

 

Cabazon, CA.
Palm Springs & Cabazon, Kalifornia, Stany Zjednoczone.

 

Zacznę od tego, że trip z Palm Springs do Cabazon na wypożyczonych rowerach to bez wątpienia najlepsza wycieczka na jakiej kiedykolwiek byłem.

 

 

Cabazon miało być małą rozgrzewką przed podróżą nad Salton Sea. W rzeczywistości ten „rzut beretem” na mapach google okazał się jednak tak wymagający, że wyruszając przed południem ledwo wyrobiliśmy się by wrócić przed zmierzchem. A gdy już cudem wróciliśmy, cali w kurzu i z przeróżnymi pustynnymi „artefaktami” w torbie wskoczyliśmy jeszcze w autobus jadący do Palm Desert by zdążyć zrobić małe zakupy.

Prawie 80 kilometrów na rowerach przez pustynię – to dopiero był dzień!

 

 

Ale zacznijmy od początku. Nie napisałem jeszcze słowa o Palm Springs. Trochę celowo – gdy uzbieram już na modernistyczną willę ze szkła, betonu i stali, zaproszę Was drodzy czytelnicy na małe tournee i odpowiem na wszelkie pytania. A tymczasem pozwólcie mi na nowo przeżyć te kilka godzin naszego małego „road tripu”.

 

 

Rowery wypożyczyliśmy w Bike Palm Springs, gdzie właściciel pozwolił nam nie płacić żadnego depozytu, nie zostawialiśmy też żadnych dokumentów a płatności dokonaliśmy dopiero przy zwrocie. Bardzo miłe doświadczenie zobrazowało nam mniej więcej jakie jest Palm Springs i jak sympatyczni ludzie tu mieszkają – wierzący na słowo, że rowery oddamy. Wybór mieliśmy między rowerami górskimi a równie ciężkimi cruiserami, żałując z początku, że nie ma szosowych i ciesząc później z tego samego powodu, gdy nasza trasa zaczęła się nieco komplikować.

 

 

Rozpoczynając wycieczkę spod naszego hotelu (Royal Sun Inn) zabraliśmy zaledwie jedną butelkę wody licząc w duchu na małe postoje przy stacjach benzynowych. Google ładnie przedstawiało trasę do Cabazon, której pokonanie nie powinno nam zająć więcej niż 2 godzin – 23 mile w jedną stronę (+/- 37km).

Połowę trasy zrobiliśmy malowniczo usytuowaną stanową 111-tką a drugą połowę jak się szybko okazało musieliśmy pokonać totalnymi bezdrożami, choć oficjalnie była to tzw. „service road” biegnąca wzdłuż linii wysokiego napięcia u podnóża gór.

 

 

37km to niewielka odległość ale przewyższenia na tym odcinku dawały nam porządny wycisk, zwłaszcza, że droga była piaszczysta a woda skończyła się nam już na wstępie i nikt nie pomyślał o wybudowaniu sklepu przy naszym szlaku. Wkrótce padł też zasięg w telefonie, który miał nas doprowadzić do zjazdu na szosę i, nie znajdując go, aż do Cabazon zmuszeni byliśmy jechać, lub raczej pchać rowery przez nieprzychylny nam teren, który znałem do tej pory tylko z filmów. Głucha cisza wokoło wspaniale nadała się jednak do tego, by odsłuchać Scar Tissue Red Hot Chili Peppers z telefonu, skoro do niczego innego miał nam już nie posłużyć.

 

 

Po drodze czekało na nas kilka niespodzianek, takich jak choćby rozjechane grzechotniki na jezdni, parę wywrotek na piasku czy przerzucanie rowerów przez ogrodzenia wokół terenów Indian. Wiem, że brzmi to niebywale ale nie koloryzuję – rozrzucone materace pośród niczego i, uwaga, tzw. tumbleweed, czyli toczące się krzaki rodem z westernów także były! Najgorsze jednak były „skaczące” kaktusy, zwane Cholla o czym oboje boleśnie się przekonaliśmy..

 

 

 

Cabazon, ku uciesze naszych spalonych twarzy i wyschniętych do granic możliwości ust gdzieś tam się w końcu zaczęło malować na horyzoncie. Ostatnia prosta już po asfalcie i, dzięki Bogu, z górki, pod którą się przez ostatnią godzinę wdrapywaliśmy. Najwyższy czas by zmierzyć się z celem całej tej wyprawy.

A co nim było?

 

 

Mr. Rex i Dinny the Dinosaur!

Kalifornia to kraina przedziwnych ludzi. Dinozaury w Cabazon, Salvation Mountain w Niland, Watts Towers w Los Angeles.. Dziwne konstrukcje budowane z jeszcze dziwniejszych powodów. Dziwnym trafem stające się dziełami sztuki, co dziwi chyba każdego Europejczyka wychowanego na DaVincim.

Czy dziwne zatem będzie jak przyznam, że do Cabazon jechaliśmy taki kawał czasu tylko dlatego, że kojarzę Pana Rexa z gry pod tytułem Fallout: New Vegas? Oczywiście nie tylko, bo dinozaury zobaczycie również w świetnym „Paris, Texas” Wima Wendersa oraz nieco już zapomnianej komedii Tima Burtona „Pee-wee’s Big Adventure„.

Takie mamy czasy, że niektórzy wolą zwiedzać miejsca ze swoich ulubionych filmów, gier czy choćby seriali, o czym się niedawno przekonałem oglądając naszego polskiego youtubera Rocka z wizytą u Waltera White’a, niż spędzać ten czas w muzeach.

Choć oczywiście jedno nie wyklucza drugiego, jest jedna zasadnicza różnica w podróży do Cabazon od oglądania wystawy w Muzeum Narodowym. Tą różnicą jest droga sama w sobie. Coś co nieodłącznie kojarzy się z Ameryką. Nieważne czy Drogę pokonujesz Dodgem Challengerem, zdzierasz trampki idąc pieszo czy łapiesz kurz jadąc rowerem tak jak my, bo byłem zbyt leniwy aby wyrobić prawo jazdy. Ważne jest przecież to, że jesteś w trasie i ta trasa niesie ze sobą wszystko o czym marzyłeś.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Kodak Portra 160
Pentax LX + Kodak Portra 160

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *