Żyć i umrzeć w Los Angeles. Część II.

 

Żyć i umrzeć w Los Angeles. Część II.
Los Angeles, Kalifornia, Stany Zjednoczone.

 

Wcześniejszy pobyt w Palm Springs był dla nas bardzo przyjemny z wielu względów ale jedną z niespodzianek okazał się fakt, że jakimś sposobem pieniądze za noclegi w hotelu nie zostały ściągnięte z naszego konta ani podczas dokonywania rezerwacji ani później podczas wymeldowywania się. Tym sposobem zostało nam w kieszeni trochę grosza, ale jednocześnie już w autobusie do L.A. zorientowałem się, że zostawiłem swój telefon pod poduszką w pokoju.. Dlaczego o tym wspominam? Raz, żeby potwierdzić zasadę, że fortuna kołem się toczy a dwa, że będąc bez nawigacji dojście pod obserwatorium okazało się nie lada wyzwaniem.

 

 

Na wzgórze prowadzi kilka pieszych ścieżek, z czego jedna jest tą główną i właściwą a kilka innych do połowy swej długości jedynie wygląda na właściwe po czym zaczynają się zwężać i wznosić po stromych i dość niebezpiecznych zboczach.

Idąc zupełnie sami weszliśmy na jedną z tych zdradzieckich ścieżek natrafiając parokrotnie na porozrzucane z niewiadomych przyczyn ciuchy czy nawet damskie trampki (identyczne z tymi jakie nosi Paulina), co trochę rozpaliło naszą wyobraźnię. Koniec końców przedzierając się na czworakach przez krzaki cali w kurzu wdrapaliśmy się na szczyt. Schodząc podążaliśmy już główną ścieżką za miejscowymi zaopatrzonymi w czołówki, bo po zmroku bez latarki ani rusz.

Widok na miasto w świetle zachodzącego słońca z miejsca, w którym James Dean odgrywał rolę „Buntownika bez powodu” podbił moje serce.

 

 

Kolejnym z miejsc jakie odwiedziliśmy były okolice studia Paramount Pictures. Myśleliśmy, że skończy się zaledwie na krótkim spacerze ale po tym jak Paulina stwierdziła, że „prawie na pewno” widziała Angelinę Jolie wysiadającą z samochodu, wkręciliśmy się w klimat i spędziliśmy ładne kilkanaście minut stojąc pod bramą i przyglądając się każdej wchodzącej do środka twarzy. W końcu zagadał nas pewien gość (po teściu odziedziczył kolekcję Hasselbladów – marki aparatu, którego używam), więc mieliśmy okazję by zapytać o ewentualne wycieczki po halach i, owszem, są takie dostępne, dostaliśmy nawet numer telefonu, ale umówić trzeba się z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem. Nie chcieliśmy komplikować swoich planów, więc będziemy musieli nadrobić to następnym razem. Bilety można zarezerwować też online na oficjalnej stronie Paramount Studio Tour.

 

 

Zaraz obok Paramount Studios mieści się jeden z najstarszych cmentarzy w Los Angeles, znany obecnie jako Hollywood Forever Cemetery. Nie jesteśmy zwolennikami nekroturystyki, ale będąc w pobliżu ciężko było odmówić sobie wizyty w miejscu, gdzie spoczywają John HustonTony Scott czy, dla odmiany, główny cyngiel organizacji „Murder, Incorporated” – Benjamin „Bugsy” Siegel.

 

 

Po powrocie na Sunset zaopatrzyliśmy się w karty komunikacyjne TAP ($7 za One Day Pass) i przyszedł czas na wycieczkę do Santa Monica. Choć to zaledwie mały fragment miasta widzianego na mapie, droga z Hollywood na wybrzeże do krótkich nie należy a o powrocie przez totalnie zakorkowane miasto lepiej nie wspominać. Czym byłaby jednak podróż do L.A. bez wizyty nad Pacyfikiem!

 

 

Spod Santa Monica Pier odbyliśmy mały spacer aż do Venice – dawnej mekki wrotkarzy (vide „Roller Boogie„) a dziś oazy hipisów w podeszłym wieku, wszelkich ulicznych świrów oraz wielkich mew, z których jedna raczyła mnie obsrać. Ku mojej uciesze miejscowi potwierdzili jednak, że ptasia kupa przynosi szczęście pod każdą szerokością geograficzną – lucky me!
W otoczeniu charakterystycznych arkad stanowiących niegdyś znak rozpoznawczy Venice Orson Welles nakręcił jedną z najlepszych scen jednego z naszych ulubionych filmów noir – mowa oczywiście o „Dotyku Zła„, który zdecydowanie dobrze obejrzeć przed podróżą.

Zanim jednak dotarliśmy nad wybrzeże mijaliśmy kolejne miejsca symbolizujące wzloty i upadki wielkich nazwisk. Pod The Viper Room zakończył swój żywot River Phoenix, w Chateau Marmont pożegnał się ze światem John Belushi a w Beverly Hills Hotel Howard Hughes powoli acz konsekwentnie odchodził od zmysłów. Choć nas akurat zdecydowanie bardziej interesują losy filmowych postaci niż ich odtwórców – fani celebrytów dowolnej epoki Hollywood niewątpliwie mieliby w tym mieście co robić.

 

 

To dobry moment by powiedzieć wprost, że w Los Angeles brakuje typowo turystycznych atrakcji a poza znakiem Hollywood nie ma też na dobrą sprawę charakterystycznych punktów orientacyjnych jakimi szczycą się Nowy Jork, Londyn czy Paryż. Wszelkie porady typu „Top Ten Things To Do in L.A.” kończą się zwykle na kilku muzeach, plażowaniu i zakupach. Warto więc wiedzieć wcześniej czego się spodziewać po mieście zamiast być później rozczarowanym. Chyba, że mamy odrobinę wyobraźni..

 

 

Wyobraź więc sobie siebie jako chandlerowskiego Marlowe’a odkrywając sekrety Downtown w wieczornym półmroku. Zajrzyj do budynku Los Angeles Times i przeczytaj nagłówki gazet z lat ’40. W upalne popołudnie stań w gigantycznym korku i pozwól aby pot ściekał Ci po plecach jak Michaelowi Douglasowi w „Upadku” a nocą przejdź się szklistym tunelem na 2nd Street – tym samym, który widziałeś w „Łowcy Androidów„. Być może akurat minie Cię tam DeLorean z „Powrotu do przyszłości„, tak jak nam się to przydarzyło, gdy ustawiałem aparat na przytarganym ze sobą pachołku drogowym.

Na każdym kroku czai się jakaś niespodzianka a niepowtarzalny i, co najważniejsze, prawdziwy klimat L.A. jest na wyciągnięcie dłoni – dla filmowych maniaków wart zdecydowanie więcej niż wizyta w Universal Studios, numerze 1 turystycznych rankingów.

 

 

Cóż jeszcze mógłbym od siebie dodać, prócz tego, że fajnie było odwiedzić miasto, w którym narodzili się The Doors i, że w końcu wiem o czym śpiewa Anthony Kiedis z Red Hot Chili Peppers w „Under The Bridge„?

Napisałem kiedyś, że to Hong Kong jest dla mnie miastem idealnym – z bezkresnym morzem, zielonymi wzgórzami i betonową dżunglą poniżej. Z dzielnicami dla najbogatszych ale też miejscem dla tych, którzy nie mają niczego. Z każdym rodzajem transportu, ogromnym zaludnieniem, historią i bagażem kulturowym, którego nie sposób ukryć. To miejsce, w którym codziennie odkryjesz coś nowego i nigdy się nie znudzisz. Jak więc mógłbym opisać Los Angeles, skoro jest praktycznie tym samym tylko w znacznie większej skali? Z moim zamiłowaniem do antyutopijnych historii, piękne początki Hollywood i to jak kiczowate jest dzisiaj są zachętą a nie rozczarowaniem. Zamieszki z 1992 roku, kiedy pół miasta stanęło w ogniu, zniszczone Downtown i kontrast pomiędzy gangsterskimi gettami w dole a wartymi miliony modernistycznymi posiadłościami wzdłuż Mullhollad Drive to także plusy a nie minusy.

W moich oczach Los Angeles jest jednym z najbardziej romantycznych miast – choć to niezupełnie taki romantyzm, z jakiego słynie Paryż ilekroć ktoś otwiera pudełko z pierścionkiem zaręczynowym na Wieży Eiffle’a. Miasto Aniołów zna związane ze sobą miliony spełnionych i, co może bardziej istotne, niespełnionych nadziei czy ludzkich radości i tragedii, w których odegrało główną rolę. To miasto nadal ma w sobie coś z powieści noir. Niezależnie czy szukasz sławy, wolności czy może jesteś tylko zwykłym przechodniem na jej ulicach, będzie Cię wabić jak przystało na prawdziwą femme fatale. Podobnie jednak jak u Chandlera, nigdy nie możesz mieć pewności jak ten romans się dla Ciebie zakończy.

 

 

W utworze „The End” Jim Morrison śpiewa „The west is the best” i nie sposób się z tym nie zgodzić. Wiadomo, że wszystko zależy co komu w duszy gra. Nam na szczęście gra tak, że w Kaliforni zobaczyliśmy wszystko to, co sobie wyobrażaliśmy, że ujrzymy i w dokładnie takim świetle w jakim chcieliśmy.

To już zatem koniec tej piekielnie długiej opowieści. Piwo należy się każdemu kto dotrwał do końca i dużo słońca życzę tym, którzy już podjęli decyzję gdzie spędzić swoje następne wakacje!

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100 / Kodak Portra 160 / Cinestill 800
Hasselblad 500C/M + Kodak Portra 160 / Kodak Portra 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *