Dolina Pięciu Stawów Polskich i Kozi Wierch.

 

Dolina Pięciu Stawów Polskich i Kozi Wierch.
Tatry, Polska.

 

Od kilkunastu miesięcy mieszkamy w UK. Nie czując jeszcze szczególnej potrzeby odwiedzania Krakowa magnesem do przyjazdu w rodzinne strony był zaplanowany przez nas dwudniowy pobyt w Tatrach. Jak w Tatrach jest każdy Małopolanin prawdopodobnie wie. A że jest pięknie, pomyślałem sobie – czemu nie podzielić się tą oczywistością na łamach swojego bloga? Może to z pozoru nie tak ekscytujące jak pisanie o Chinach czy Ameryce ale właściwie to niby dlaczego?

W Tatrach nie byłem bardzo długo, choć ostatnią górską przygodę zaliczyliśmy z Pauliną wcale nie tak dawno temu przecierając zasypany półmetrowym śniegiem szlak na Śnieżkę. O tym jednak jak pięknie potrafi być na dalekim południu Polski przekonaliśmy się już po dwóch godzinach jazdy – zaraz gdy tylko legendarny Smog Wawelski wypuścił nasz autokar ze swych objęć i odsłonił ośnieżone szczyty na wprost nas.

Szybkie śniadanie na zakopiańskich Krupówkach i już wkrótce siedzieliśmy w, sądząc po stanie i niemieckich naklejkach, jakimś rozklekotanym, post-enerdowskim mikrobusie, który za 10zł od osoby przewiózł nas na Palenicę Białczańską, gdzie swój początek ma słynna asfaltowa droga do Morskiego Oka.

 

 

Naszym planem na czwartek, czyli dzień pierwszy tej górskiej wycieczki było przejście do Schroniska w DPSP (Dolinie Pięciu Stawów Polskich) i spędzenie nocy w zarezerwowanym wcześniej wieloosobowym pokoju. Dzień drugi upłynąć nam miał z kolei na pokonaniu Szpiglasowej Przełęczy i dojściu do Morskiego Oka a stamtąd najprostszym, wspomnianym już asfaltowym szlakiem zamierzaliśmy zejść z powrotem na parking mikrobusów. Plan był dziecinnie prosty, pogoda więcej niż wyśmienita a czas przez cały dzień zdawał się być naszym sprzymierzeńcem.

 

 

Po wyjściu z Doliny Roztoki, w miejscu gdzie szlak do schroniska rozwidla się na czarny i zielony napotkaliśmy sporą przeszkodę w postaci topniejącego śniegu i oblodzonych stopni. Mimo to udaliśmy się szlakiem czarnym stromymi zakosami pod górę, widząc jednak jak wiele śniegu zalega wciąż na zacienionych stokach.
Pokonanie fragmentu trasy, który nie powinien zabrać więcej niż 20 minut nam zajęło niemal godzinę. Po drodze napotkaliśmy kilka osób schodzących prawie na czworakach w dół, które potwierdzały, że szlak zielony wcale nie wygląda lepiej (wracaliśmy nim nazajutrz, gdy lód stopniał już niemal całkowicie) i nie mamy co żałować wyboru trasy.

Dojście w takich warunkach do schroniska nie posiadając raków było mocno wyczerpujące fizycznie i szybko zweryfikowało nasze plany co do przejścia przez Szpiglasową Przełęcz – całą skutą lodem.
Szukając alternatywy na dzień następny, jeden z obecnych w schronisku goprowców i jednocześnie kolega naszej współlokatorki z pokoju doradził nam wejście na Kozi Wierch, całkowicie bezpieczny z zaledwie jednym lub dwoma fragmentami ośnieżonego szlaku.

I takim sposobem zupełnie nieplanowanie zdobyliśmy najwyższy w całości położony w Polsce szczyt i zahaczyliśmy nawet o fragment słynnej Orlej Perci, która przebiega właśnie przez Kozi Wierch. Widoki były przepiękne, wrażenia niezapomniane a w ramach wyciągnięcia wniosków z własnych błędów już kilka miesięcy później staliśmy się posiadaczami raków, które pomogły nam w kilku późniejszych wejściach.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + CineStill 800

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *