Ayutthaya. The Eagle Lands.

 

The Eagle Lands. 
Ayutthaya, Tajlandia.

 

Przyznam, że nieźle muszę teraz wysilić swoje szare komórki, by sobie dokładnie przypomnieć w jaki sposób i jak długo zajęło nam dotarcie do Ayutthai – słynnego „Kamiennego Miasta”, dawnej stolicy Syjamu.

Skomplikowane podróże to ostatnimi czasy nasza specjalność, więc bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły napiszę tylko, że zanim trafiliśmy na miejsce musieliśmy uprzednio zahaczyć o Warszawę, serbski Belgrad, Abu Dhabi wraz z sąsiednim Dubajem, indyjski Bombaj oraz, położony już całkiem blisko celu, Bangkok.

Po dwóch dobach podróży, późną nocą, dotarliśmy szczęśliwie do Thongchai Guesthouse – jednego z najtańszych hosteli w całym mieście. Orzeł wreszcie wylądował.

 

 

Położenie zmęczonych ciał na skrzypiącej pryczy po kilku nieprzespanych nocach było niezwykłą przyjemnością. Doskwierał nam jedynie brak ciepłej wody pod prysznicem, mimo, że będąc w Azji po raz kolejny powinniśmy już do tego przywyknąć.

Na zwiedzanie Ayutthai daliśmy sobie trzy dni – nawet więcej niż nam było trzeba. Zabawną więc w tym kontekście ciekawostką może być fakt, że pod koniec XVII wieku to właśnie Ayutthaya dzierżyła tytuł największego miasta świata z liczbą mieszkańców przekraczającą milion. Jednak to, co my chcieliśmy zobaczyć to zaledwie fragment dzisiejszej Ayutthai, czyli otoczone rzecznymi kanałami niczym fosą ruiny starego miasta.

Większość czasu spędziliśmy kursując na rowerach pomiędzy kolejnymi zabytkami a knajpami z niedrogim jedzeniem, gdzie na naszych stołach lądowała głównie tzw. „boat soup” oraz nowy przysmak Pauliny – pikantna sałatka z papai.

 

 

By na własną rękę zobaczyć większość ruin i „atrakcji” jakie Ayutthaya ma do zaoferowania wystarczą w zupełności dwa pełne dni a znam też relacje, które mówią o zaledwie jednym, o ile skusimy się na pomoc któregoś z przydworcowych kierowców-przewodników.

Amatorom rowerowych wycieczek polecić mogę wypad pod pomnik Królowej Suriyothai – XVI-wiecznej bohaterki narodowej, która walcząc na słoniu bojowym oddała życie by ocalić swego męża podczas jednej z bitew przeciwko wojskom birmańskim.

Nie żeby było tam coś spektakularnego – ot piękny i duży posąg, choć stoi pośrodku niczego, 10km na północny zachód od centrum miasta. Wspaniałe są jednak okolice i wioski mijane po drodze a jeśli akurat uda się Wam załapać na jakiś skromny festiwal w jednej z nich lub przebić dętkę w oponie, co siłą rzeczy zmusza do interakcji z miejscową ludnością, to gwarantuję, że będzie co wspominać.

Minusy, o których muszę jednak napomknąć a związane są bezpośrednio z bezpieczeństwem na rowerze to hordy włóczących się zarówno po centrum jak i poza nim bezpańskich i agresywnych psów. Do tej pory znane było mi to jedynie z indyjskich plaż na Goa i z opowieści Bartka Basisty o Rumunii. Czasem bywa groźnie, więc warto mieć oczy dookoła głowy, zwłaszcza po zmroku.

 

 

 

Dysponując rowerami wypożyczonymi w hostelu nie mogliśmy sobie odpuścić, prócz zwiedzania zabytków oczywiście, wizyty w pobliskim centrum handlowym Lotus-Tesco (8km na wschód).

Podczas dalekich podróży uwielbiamy odwiedzać hipermarkety. Zdecydowanie tak! Nie chodzi jednak o snucie się korytarzami i wlepianie oczu w ekspozycje znanych marek czy też bycie, jak w filmie Kevina Smitha, szczurem supermarketu. Już więc spieszę z wyjaśnieniami.

O ile nie mamy możliwości do złożenia wizyty w domu któregoś z mieszkańców odwiedzanego przez nas kraju, wizyta w supermarkecie to w zasadzie jedyna znana mi metoda odkrycia co też za artykuły, od spożywczych po kosmetyczne, moglibyśmy w takim mieszkaniu znaleźć. Czy ma to sens?

Dla przykładu, Paulinę od zawsze szczególnie fascynował dział papierniczy a ja, gdziekolwiek będąc, standardowo lądowałem na żywności oraz piwie i choć może to dziwnie ale nie uważam się wcale za piwosza. Często odwiedzamy też wspólnie dział kosmetyczny, na którym oboje lubimy wybierać egzotycznie pachnące i pięknie opakowane mydła a ja dodatkowo poluję na pomady do włosów.

W mojej ocenie wszelkiego rodzaju „old markety” czy „night markety” wypełnione po brzegi suwenirami, a których akurat w Azji dalekowschodniej jest bez liku, przesłaniają nam nieco obraz tego czym w istocie ma być market. A ma być miejscem, w którym to przede wszystkim mieszkańcy dokonują zakupu artykułów potrzebnych do codziennego życia.

Zatem duży i z pozoru zniechęcający hipermarket może okazać się wielce interesujący, o ile tylko mamy trochę wyobraźni i wiemy czego w nim szukać. Ze względu na egzotykę produktów posłużyć może nie tylko jako ratunek dla nas, gdy zapomnieliśmy spakować szczoteczki do zębów ale wizyta w takim miejscu podsunie też wiele pomysłów na niecodzienne pamiątki dla przyjaciół. Jeśli więc łatwo Wam wpaść w zachwyt odwiedzając dział ze słodyczami w zwykłym 7-Eleven będąc w Tajlandii, Hong Kongu czy Korei (tej południowej, rzecz jasna), pomyślcie tylko o tym, co można znaleźć w naprawdę dużym sklepie.

 

  

 

Porzucając już to krótkie zwierzenie o miłości do sklepowych półek, wróćmy jeszcze na chwilę do Ayutthai a właściwie do kwestii samego transportu i komunikacji z miastem.

Jak już wspomniałem, do Ayutthai wybraliśmy się prosto z lotniska w Bangkoku. W pierwszej kolejności złapaliśmy darmowego shuttle busa do zajezdni skąd wskazanym przez miejscowych autobusem dojechaliśmy na niewielki dworzec kolejowy Don Muang znajdujący się tuż obok starego lotniska o tej samej nazwie. Bilet na pociąg był kosmicznie tani – 15 baht za osobę a sama podróż trwała zaledwie godzinę. Jest oczywiście sporo innych metod dotarcia do „Kamiennego Miasta”, ale, lądując już praktycznie w nocy, ten był jedynym jaki nam pozostał.

Mam też dobrą radę dla podróżujących w odwrotnym kierunku, którzy to z Ayutthai chcieliby się dostać wprost na lotnisko Suvarnabhumi (BKK).

Mając bilety na lot warto po opuszczeniu pociągu na stacji Don Muang przejść przez ulicę i z lotniska Don Muang złapać darmowy shuttle bus kursujący właśnie na BKK.

A skoro o lądowaniach mowa, na koniec wypada wyjaśnić tego orła w tytule. Nie jest to polski orzeł, choć przyznam, że i ten patriotyczny symbol mógłby się sprawdzić, zważając na ilości naszych rodaków spotkanych po drodze.

Ayutthaya miała kilka okazji do tego, by zapisać się na taśmach filmowych. Było to m.in. podczas produkcji filmowej wersji kultowego mordobicia „Mortal Kombat”, w które to zagrywałem się z kolegami w piwnicy osiedlowej wypożyczalni filmów Flip i Flap oraz, co jest dla mnie bardziej kluczowe, hitu jakim był „Kickboxer” z 1989r.

„Kickboxera” nie sposób dla mnie pominąć w temacie Tajlandii ogólnie i to nie tylko dlatego, że obok „Człowieka ze złotym pistoletem” był filmem, który mnie, wówczas jeszcze kilkuletniemu chłopcu, pozwolił w wyobraźni umiejscowić Tajlandię na swojej mapie świata. Dołożył jednak do tej mapy również twarze, dźwięki oraz, uproszczone ale jednak, symbole kulturowe. „Kickboxer” to klasyk męskiego kina złotej ery VHS, i choć nikt już dzisiaj nie pamięta nazwisk jego twórców, jest to bez dwóch zdań mój faworyt w całym dorobku Jean-Claude’a Van Damme a fizyczna kopia niezapomnianej ścieżki dźwiękowej Paula Hertzoga zasłużenie stała się białym krukiem wśród dzisiejszych maniaków synthwave’u.

Tytuł zatem obowiązkowy przed wizytą w Tajlandii a tym bardziej jeśli nasze kroki prowadzą do Ayutthai. Wizyta w „Kamiennym Mieście” przy akompaniamencie utworu „The Eagle Lands” to jedna z tych śmiesznych rzeczy, które chciałem zrobić jako mały chłopiec i w końcu się udało. Szpagat niech nadal pozostanie w sferze marzeń.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Pentax LX + Ilford HP5 Plus 400
Hasselblad 500CM + Fuji Provia 100F / Ilford FP4 Plus 125

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *