Bangkok. Oriental Setting.

 

„Bangkok, oriental setting
And the city don’t know that the city is getting
The creme de la creme of the chess world
In a show with everything but Yul Brynner”

Bangkok, Tajlandia.

Znacie oskarową kreację Yula Brynnera w musicalu „Król i ja”? Być może nie wszyscy, ale z pewnością każdy pamięta słynny hit Murray Head „One Night In Bangkok”. I to najważniejsze, gdyż dziś zawitamy na chwilę do stolicy Tajlandii, jednego z najgorętszych miast świata. Zarówno w przenośni jak i na prawdę.

Chronologia wydarzeń była natomiast nieco inna, gdyż po opisanej niedawno Ayutthai nasze drogi prowadziły za wschodnią granicę do Kambodży. Pozwólcie jednak, że zostaniemy jeszcze na razie w Tajlandii, choć bez klubów i plaż, czyli nie do końca takiej, jaką większość turystów sobie wyobraża.

 

 

Tajlandia to prawdopodobnie numer 1 w rankingach tych bardziej egzotycznych kierunków polskich biur podróży. Już na pokładzie samolotu Air Serbia mieliśmy okazję poznać sympatycznego Marcina i Justynę, z którymi byliśmy przez większość podróży w kontakcie a pierwszej nocy w Tajlandii natrafiliśmy jeszcze na trójkę polskich globtrotterów popijających Changa przy nocnym straganie z jedzeniem. To pięć osób, z którymi mieliśmy przyjemność porozmawiać i, tak jak my, podróżowały na własną rękę. A była przecież jeszcze chyba z setka uczestników wycieczek zorganizowanych czekających do kontroli na lotnisku, druga setka Polaków rozbita gdzieś po bocznych uliczkach wzdłuż backpackerskiej Khao San Road i kilka zdziczałych pannic, które dziwnym trafem deptały nam po piętach od samego lotniska, przez Kambodżę aż po Bangkok ponownie nie mówiąc nawet „Cześć”.

Bangkok jest egzotyczny, głośny i, prawdopodobnie za sprawą ogromnej chińskiej społeczności, na tyle „dalekowschodni” na ile się da. Jedyne co przerastało moje pojęcie to właśnie olbrzymia popularność tego miejsca wśród zachodniej klienteli. A co to oznacza oprócz przepełnionych hosteli i tłumów turystów na ulicach? Przede wszystkim ceny. W sezonie mało komu chce się targować a ceny taksówek mocno rozmijają się z tym, co można przeczytać w całkiem jeszcze nowym przewodniku Lonely Planet.
Zabawny przypadek spotkał nas, gdy zagadując jednego z przechodniów ten próbował wytłumaczyć nam różnice między turystycznymi tuktukami a tymi dla „lokalsów”. Pomógł nam następnie złapać taniego tuktuka i faktycznie za śmieszne 80 THB mieliśmy okazję objechać spory kawałek miasta. Trasę ustaliliśmy z góry i pozostał nam jeszcze jeden punkt zanim się pożegnamy i zapłacimy wspomniane 80 bahtów, lecz po powrocie na umówione miejsce nie zastaliśmy już naszego kierowcy. Najwyraźniej tak bardzo nie opłacało mu się nas wozić, że facet zwiał nie biorąc nawet ustalonej kwoty.

Szczęśliwie jednak Bangkok ma bardzo dobrze rozbudowaną sieć komunikacji miejskiej, więc, o ile tylko jest taka możliwość, zawsze warto korzystać z metra, skytraina lub wszechobecnych autobusów. Nie dając zarobić taksówkarskiej mafii, nie tylko nie robimy z siebie frajera ale pomagamy też lokalnej społeczności. „Że jak?”- Ktoś mógłby spytać. Otóż targowanie się, nawet gdy mamy ze sobą sporo gotówki, nie jest wcale oznaką chytrości czy skąpstwa. To także oznaka zdrowego rozsądku, bo przystając na wyssane z palca ceny utrudniamy życie nie tylko kolejnym podróżnym z mniejszym budżetem ale, co najważniejsze, również zwykłym mieszkańcom, którym, wierzcie lub nie, trudno złapać taksówkę w mieście pełnym turystów, gdyż kierowcom się zwyczajnie nie opłaca. Podpisano – centuś z Krakowa.

 

 

Prócz taksówkarskich „scamów”, czyli drobnych oszustw, na które można się natknąć w zasadzie na całym świecie, wspomnieć muszę też ten ze stadionu Rajadamnern, choć absolutnie nie twierdzę, że to standardowa praktyka.

Boks tajski, inaczej Muay Thai, to jeden z najbardziej znanych „towarów eksportowych” Tajlandii. W podróży wolimy zwykle przeznaczać nasz budżet na dodatkowe dni szwędania się, lub ładnie mówiąc, eksplorowania miast niż korzystania z typowych atrakcji, pokazów tańca czy innych kulturalnych ceremonii organizowanych pod turystów. Zawody Muay Thai to jednak część tej prawdziwej tajskiej kultury, która wciąż w znacznej mierze przyciąga właśnie Tajów i dlatego za nic w świecie nie chcieliśmy tego przegapić. Fanów Jamesa Bonda zaciekawić może natomiast fakt, że stadion Rajadamnern, będący największą z tajskich hal goszczących zawody bokserskie posłużył jako plan zdjęciowy do „Człowieka ze złotym pistoletem„, gdzie nakręcono spotkanie agenta 007 z granym przez nieśmiertelnego Christophera Lee tytułowym zabójcą, Francisco Scaramangą.
Jest mnóstwo biur informacji turystycznej (fałszywych oczywiście), w których można kupić bilety na walki na „kultowym” stadionie za dwukrotnie wyższą cenę niż normalna ale jedyną właściwą metodą jest wizyta pod okienkiem kasy na godzinę przed walką i kupno biletów na miejscu.
Spłukani do reszty, ostatniego dnia nie mieliśmy już pięniędzy na wejściówki, więc pozostało nam jedynie użycie karty kredytowej i.. Zupełnie przypadkiem akurat wtedy skończył się papier w drukarce, kopia rachunku nie chciała się wydrukować a jedyna osoba, która mówiła po angielsku zniknęła bez śladu.
Bilety kosztowały po 1000THB za osobę lecz po powrocie do Polski okazało się, że z karty pociągnięto dwukrotnie więcej, co nie było dla nas zaskoczeniem biorąc pod uwagę wyżej opisaną sytuację.
Szczęśliwie dla nas, mój bank, którego nazwy nie wymienię, by nie zostać posądzonym o ukrytą reklamę, zaufał swojemu klientowi i uznał reklamację. Szkoda tylko, że z odwiedzonych przez nas miejsc, na palcach jednej dłoni mógłbym wymienić te, w których nie próbowano nas wyrolować.

Ale dość płaczu, przejdźmy do spraw milszych. Bangkok jest niesamowity, temu nie można zaprzeczyć. Minęło ładne kilka lat odkąd ostatni raz zawitałem w te rejony i mam tu na myśli ten bogatszy wschód, czyli Chiny, Hong Kong, czy, bardziej na południe, Singapur. Ostatnimi czasy błądziliśmy więc troszkę po biedniejszych rejonach Azji i muszę powiedzieć wprost, że nie ma to jak rozwinięta cywilizacja. Wjeżdżając do Tajlandii od strony Kambodży pierwsze co rzuca się w oczy to piękne, szerokie drogi. Bangkok natomiast spełnia wszelkie moje oczekiwania w stosunku do azjatyckiego miasta począwszy od ulicznej kuchni, której można kosztować bez obaw o własne zdrowie, poprzez zagęszczenie ludności, infrastrukturę i na właściwej równowadze pomiędzy tradycją a nowoczesnością kończąc.

 

 

W Bangkoku znajduje się jedno z największych Chinatown, które zdecydowanie polecam odwiedzić. Warto wybrać się tam zwłaszcza wieczorem, kiedy ulice rozświetlone są tęczą kolorów. W ciągu dnia Chinatown to natomiast jeden wielki market, na którym można kupić dosłownie wszystko.

Jeśli jednak o zakupach mowa, my swoje ostatnie grosze woleliśmy wydać na Chatuchak Weekend Market, do którego z łatwością dojechać można z okolicy Khao San Road również autobusem. Tak wielkiego targowiska przyznam, że nie widziałem w swoim życiu nigdy – na obejście całego oraz dojazd i powrót przez zakorkowane miasto trzeba mieć przynajmniej połowę dnia. Podobnie jak i na Chinatown, jest tam też trochę różnego badziewia, od tanich pamiątek, t-shirtów z głupimi napisami aż po podróby butów Red Wing w cenie 150 złotych zamiast oficjalnych 250 dolarów. Jest też jednak sporo ciuchów vintage, dużo artykułów dla domorosłych ogrodników a także jedzenia, żeby nie paść z głodu po drodze. To, co jednak odróżnia Chatuchak od innych marketów to olbrzymi wybór towarów sprzedawanych przez młodych artystów, którzy chętnie opowiedzą o swojej pracy. Właściwie to powinienem ich nazwać „rzemieślnikami”, bo nie mam na myśli typowej sztuki a raczej ręcznie robione torebki, ubrania lub produkty ze skóry. Wielka szkoda, że w języku polskim nie funkcjonuje odpowiednik ładnego słowa znanego Francuzom czy Amerykanom jakim jest „artisan” – bo właśnie po towary takich ludzi warto się tam wybrać, gdyż nie znajdziecie ich nigdzie poza Bangkokiem.

 

 

Wspominałem już o naszej wizycie na stadionie Rajadamnern, jednej z dwóch hal, gdzie odbywają się walki boksu tajskiego. Drugim, mniejszym stadionem jest Lumphini i mieści się on tuż obok dużego parku o tej samej nazwie.
Lumphini Park to zielona oaza spokoju, miejsce, do którego warto się wybrać jeśli chcemy na chwilę odpocząć od zgiełku szalonego miasta. Miejscowi, głównie Chińczycy, grają tu w warcaby, ćwiczą Tai Chi a jeszcze inni korzystają ze sławnej siłowni pod gołym niebem.

 

 

Do standardowych punktów podczas wizyty w Bangkoku należą także wizyta w Pałacu Królewskim i kilku okolicznych świątyniach, w tym Wat Pho, mieszczącą wielki posąg leżącego Buddy. Po drugiej stronie rzeki znajduje się natomiast Wat Arun i prawdopodobnie każdy, kto zdecydował się na rejs rzeką Chao Phraya miał okazję ją ujrzeć. My Chao Phraya nie płynęliśmy ale pewnej nocy, mijając mieszkających w zaułkach ludzi i szczury wielkości kotów zakradliśmy się nad sam brzeg by zobaczyć ten widok w zupełnie innym świetle. Jedyne co przychodzi mi na myśl chcąc opisać atmosferę wąskich uliczek ulokowanych tuż za Maha Rat Road to połączenie „Szanghajskiej Triady” z „Na Nabrzeżach”.

Nieopodal mieści się także tętniący zwłaszcza nocnym życiem Flower Market a kilka kroków dalej kolejny Night Market, gdzie można kupić różnego rodzaju ciuchy, także vintage.
Będąc w Bangkoku nie trzeba się więc wiele starać by natrafić na coś ciekawego, dzieje się tu sporo o każdej porze dnia i nocy.

 

 

W Bangkoku znaleźć można więc wszystko, czego potrzeba by poczuć klimat Azji. Tak jak w tekście piosenki, nie ma jedynie Yula Brynnera, który swego czasu odgrywał rolę Króla Syjamu. Prawdziwy Król Tajlandii pojawia się natomiast na każdej ulicy, każdym rogu i niemal w każdym sklepie do jakiego wejdziemy – czy to pod postacią billboardu, obrazu lub pięknie oprawionej fotografii. Tajowie, mimo, że nie zawsze zgadzają się ze swym rządem, to kochają swojego Króla i ponoć nie powinno się z nimi o tym dyskutować. Ja, mimo, że długo zwlekałem z podróżą do Tajlandii, bo to taki oblatany kierunek, tyle zdjęć już widziałem i jeszcze więcej historii słyszałem, też nie będę dyskutował o tym czy Bangkok jest fajny. Bo odpowiedź jest oczywista, Bangkok fajny jest.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Pentax LX + Ilford HP5 Plus 400 / Ilford Pan 400@1600
Hasselblad 500CM + Kodak Portra 400 / Ilford Delta 100

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *