Phnom Penh, dziwki i czerwone szaliki.

 

Phnom Penh, dziwki i czerwone szaliki.
Phnom Penh, Kambodża.

 

Planując podróż do Kambodży jak i myśląc wcześniej o tym kraju w głowach malowały nam się dwa obrazy. Jeden przedstawiał gęstą dżunglę i majestatyczne, ukryte gdzieś w jej głębi, pozostałości po Imperium Khmerów. Na drugim widzieliśmy tę samą dżunglę skąpaną w morzu krwi, czerwonym jak krama – tradycyjny szalik noszony przez oddziały Khmer Rouge.

 

 

Trasa z Siem Reap do Phnom Penh zajęła nam przepisowe sześć godzin a droga na większości odcinków była w na prawdę świetnym stanie wbrew temu co gdzieniegdzie można przeczytać.

Będąc w Phnom Penh zatrzymaliśmy się w #10 Lakeside Guesthouse (20PLN/pokój), tuż obok meczetu w muzułmańskiej dzielnicy. Nazwa lakeside wzięła się stąd, że do niedawna z okien okolicznych domów rozciągał się widok na malownicze jezioro Beoung Kak. Dzisiaj to tylko piaszczyste pole, na którym miejscowi mogą co najwyżej pograć w siatkówkę a i to ma się wkrótce zmienić gdy w końcu wjadą koparki i zamienią dawne jezioro w jeden wielki plac budowy.

 

 

Phnom Penh, jak chyba każda stolica, okazało się być tłoczne, głośne i mało przyjazne pieszym wędrowcom. Zaskoczyło nas jednak pozytywnie miejską architekturą, klimatycznymi knajpkami i przyjemną promenadą wzdłuż rzeki Tonle Sap łączącej się akurat w tym miejscu z jedną z najdłuższych rzek świata, Mekongiem.

W pobliżu promenady mieści się kilka atrakcji. Widoczny z daleka dzięki swej żółtej kopule w stylu art deco Central Market (w pełni świadomie nabyliśmy tu podróbkę przewodnika Lonely Planet), kawałek dalej wieczorami odbywa się targ nocny a okolica Pałacu Królewskiego to przede wszystkim miejsce nocnych spotkań skupiające zarówno mieszkańców jak i turystów z całego świata.

 

 

Chodząc wieczorami po Phnom Penh nie bądźcie zaskoczeni różnymi zaczepkami ze strony lokalsów – zależnie od płci będą to różne oferty, choć w obu przypadkach mniej lub bardziej nielegalne.

Narkotyki czy prostytucja nikogo właściwie już nie dziwią niezależnie od kraju w jakim jesteśmy, ale to co nas wyjątkowo zdziwiło w Kambodży to kryjące się gdzieś na uboczu pary typu stary facet i nieletnia dziewczyna lub co gorsza stary facet i dwie dziewczyny.
Kambodża słynie niestety z dziecięcej prostytucji, z którą rząd stara się rzekomo walczyć, więc czuliśmy się mocno nieswojo będąc świadkami podobnych sytuacji. Właściwie to sam nadal nie wiem gdzie przebiega granica bycia dzieckiem a nastolatką, która nie wie co robi. W tym jednak przypadku zmęczone naszą obecnością dziewczyny wzięły zdezorientowanego „turystę” pod ręce i zaprowadziły na inną ławkę nie pozostawiając złudzeń co do swoich życiowych planów. My skierowaliśmy się natomiast nad rzekę i w świetle zachodzącego słońca przy zimnym piwie oglądaliśmy tym razem zaloty całkiem ładnej kobiety po czterdziestce, która bezskutecznie starała się zdobyć uwagę innych, samotnych mężczyzn.

 

 

W jednej z knajpek zupełnie przypadkiem poznaliśmy też pracującego tam Polaka. Nazwę go Damianem i mam nadzieję, że się nie obrazi, ale pech chciał, że zgubiłem zapiski z jego oraz innych napotkanych ludzi danymi. Kelner podający nam piwo spytał skąd jesteśmy i z odrobiną wstydu w głosie („poprosimy najtańsze piwo i nic do jedzenia”) powiedzieliśmy, że z Polski.
– „Ah, ?oland, I know a guy from ?oland”
– „It’s Poland, not Holland” – ja na to nie rozumiejąc co dokładnie mówi a będąc przyzwyczajonym, że ludzie mylą Polskę z Holandią.
– „Yeah, that’s what I mean, he’s Polish”.
Minęła minuta i ku naszemu zaskoczeniu pojawił się „Damian” – szczupły, opalony na brązowo chłopak z knajpy obok. Spędził z nami chwilę czasu opowiadając przy papierosie o tym jak się znalazł w tych stronach i co sprawiło, że został.

Kilka dni później, gdy byliśmy już w nadmorskim Sihanoukville, sami przekonaliśmy się jak nietrudne jest by tu zostać. Oferty pracy wiszą niemal w każdej knajpie na pobliskich wyspach.

 

 

Włócząc się przez te kilka dni po Phnom Penh mieliśmy też okazję zahaczyć o Stadion Olimpijski i tutaj chyba czas zmienić ogólny wydźwięk tej krótkiej relacji.

O ile Siem Reap, z którego przyjechaliśmy to całkiem sympatyczna mieścina, w której wszystko skupia się wokół balangi na Pub Street i zwiedzaniu dawnych świątyń Angkoru tak już w Phnom Penh wisi w powietrzu coś dziwnego, coś co nie pozwala odpędzić od siebie myśli o tym, czego miasto było świadkiem jeszcze nie tak dawno temu.

Kto oglądał „Lśnienie” ten pamięta scenę, w której Dick Hallorann wyjaśnia małemu Danny’emu czym konkretnie jest owe „lśnienie”.
Kiedy coś się wydarzy, czasami może pozostać po tym ślad. Zupełnie jak gdy ktoś przypali grzankę.
Chodząc ulicami Phnom Penh nie sposób nie odnieść wrażenia, że miasto jest właśnie tą grzanką, którą przez lata ktoś ładnie smarował masłem tak by ukryć spaleniznę ale jej zapach wciąż się gdzieś unosi. Okres reżimu Czerwonych Khmerów to przecież nie jakieś zamierzchłe czasy a pokolenie ofiar jak i oprawców wciąż żyje i mija się ze sobą na ulicach miast i wsi.

 

 

Stadion Olimpijski odwiedziliśmy, bo akurat był niedaleko. Lubimy też beton i przywodził mi na myśl warszawski Stadion X-Lecia, który zawsze chciałem zobaczyć, zwłaszcza po tym jak kiedyś obejrzałem „Męża swojej żony” a czego z wiadomych przyczyn nigdy nie uda się już zrobić.
Rundka wokół stadionu, wymiana uśmiechów z panami grającymi w karty, kilka zdjęć trenujących tam chłopaków i wracamy. A kilka miesięcy później czytam, że tu nigdy nie było żadnej olimpiady – zamiast tego gromadziły się oddziały Czerwonych Khmerów, odbywały liczne egzekucje a Pol Pot przemawiał z miejsca, które mijaliśmy.

 

 

Niewiele jest takich miejsc, które budzą grozę przypominając do czego jest zdolny człowiek. Po Auschwitz i muzeum masakry w chińskim Nanjing, Phnom Penh niestety jako całe miasto trafia na tę niesławną listę. Chodząc ulicami i fotografując balkony urokliwych kamienic wiedziałem, że w 1975, podczas tzw. „Roku Zerowego”, z każdego z tych mieszkań siłą wyciągnięto ich mieszkańców i wysłano do obozów pracy ulokowanych z dala od miast. Tych, którzy się sprzeciwiali rozstrzeliwano na miejscu. Całe Phnom Penh ewakuowano w ciągu zaledwie dwóch dni i zważając na fakt, że w latach 1975-1979 reżim Pol Pota wymordował około dwa miliony ludzi w całej Kambodży, mało który z pierwotnych mieszkańców stolicy wrócił do swego domu. Ci, którym udało się przeżyć zastawali swe domy zajęte przez żołnierzy wietnamskich lub przez zupełnie obcych ludzi – bez szans na odzyskanie swej własności.

 

 

Jednym z głównych miejsc pamięci o ofiarach ludobójstwa jest więzienie Tuol Sleng umieszczone w budynku dawnego liceum w samym środku miasta. Więzienie to służyło przesłuchaniom i torturom rzekomych zdrajców nowego systemu, egzekucje natomiast odbywały się już najczęściej poza miastem, na niesławnych „polach śmierci”. Co chyba szokuje najbardziej podczas wizyt w obu miejscach to opisy egzekucji i narzędzi, którymi je wykonywano. Dla oszczędzenia amunicji ubrani w czarne pidżamy i czerwone szaliki członkowie Khmer Rouge wykorzystywali głównie motyki a główki niemowląt skazańców, aby nie pragnęły zemsty gdy dorosną, roztrzaskiwano o pobliskie drzewa.
Najbardziej znanym z pól śmierci jest oddalone o 17 kilometrów od Phnom Penh Choeung Ek.

 

 

Kierowcy w Phnom Penh wiedzą po co większość ludzi przyjeżdża do Phnom Penh, więc standardowa „wycieczka” w ich wykonaniu obejmuje Tuol Sleng, pole śmierci i strzelnicę pod miastem, na której można postrzelać z M-60. Jadąc do Choeung Ek, ku rozczarowaniu naszego kierowcy, wyjaśniliśmy, że Tuol Sleng odwiedziliśmy już wcześniej, natomiast kompletnie nie mógł zrozumieć dlaczego nie chcemy postrzelać na deser.

Wydaje mi się, że jedyną usprawiedliwioną „rozrywką”, jakiej warto się poddać po wizycie w Tuol Sleng lub na Choeung Ek to tylko seans z „The Killing Fields” (1984). „Pola Śmierci” to film, który mnie samego wiele lat temu uświadomił w kwestii kambodżańskiej wersji komunizmu i dał jeden z powodów by w ogóle odwiedzić Kambodżę. To, co wciąż jednak przeraża to fakt, że każdy cywilizowany i doświadczony przez historię naród stara się utrzymać pamięć o ofiarach ludobójstw, a mimo to, gdzieś na świecie wciąż dzieją się podobne rzeczy. Mówi się, że to wojna się nie zmienia ale bliższe prawdzie jest chyba to, że to ludzka natura jest niezmienna.

 

 

Fot: Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Kodak Portra 160/ Kodak Portra 400
Pentax LX + Ilford HP5 Plus 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *