Biwak na Mt. Fuji.

 

Biwak na Mt. Fuji.
Fuji. Japonia.

 

Przepisy zakazują wchodzenia na górę Fuji poza ustalonym sezonem a teren góry określony jest jako „no camping zone”. Pomimo przypadków śmiertelnych na rzekomo „łatwej górze” potwierdzających słuszność zakazu ludzie wchodzą tu na własną odpowiedzialność i tak też postąpiliśmy i my, łamiąc jednocześnie przepis o zakazie biwakowania. Mimo dziesiątek schronisk na całej trasie nie ma tu dosłownie ani jednego zadaszonego miejsca, w którym człowiek zdołałby ochronić się przed porywistym wiatrem lub deszczem. Rozbijając namioty robiliśmy to na terenie jednego ze schronisk, daleko ponad piętrem roślinnym a wszystkie śmieci wróciły razem z nami. 

 

 

Fuji-san, Fujiyama, Mount Fuji. 3776 metrów nad poziomem morza. Góra-wulkan, boski symbol Japonii. Cel naszej trójki do zdobycia na 16 czerwca 2016.

Wejście na górę Fuji zaplanowaliśmy z wielką precyzją na pierwszy dzień naszego pobytu w Japonii. 24 godziny wcześniej pakowaliśmy jeszcze nasze plecaki po dwudniowym postoju w Budapeszcie a w drodze do Tokio zahaczyliśmy również o niespokojny Istanbul.

Trochę zmęczeni i trochę niewyspani o 7 rano wytoczyliśmy się z naszego hostelu na wschodnich obrzeżach Tokio by zdążyć na pociąg do miasta. Razem z nami do wagonu wcisnęło się prawdopodobnie z tysiąc Japończyków zaczynających swój kolejny pracowity dzień. Gdyby nie nasze plecaki weszłoby ich pewnie jeszcze troje więcej.

O 8 dotarliśmy na dworzec autobusowy w Shinjuku i za kilka minut ruszyliśmy w stronę oddalonego o nieco ponad 100km Kawaguchiko.
Po dwóch godzinach jazdy mogliśmy w końcu zjeść porządne śniadanie, zaopatrzyć w wodę i zapakować do busa, który wywozi swych pasażerów na tzw. Fuji 5th Station. Znajdująca się na 2300m n.p.m. 5 stacja to ostatnie miejsce o tej porze roku, w którym można skorzystać z jakichkolwiek dobrodziejstw cywilizacji. Od tego momentu jest już tylko góra i ty.

 

 

Oczywiście stacji w drodze na sam szczyt jest więcej. To w nich japońscy pielgrzymi i wspinacze z całego świata mogą spędzić noc by załapać się na wschód słońca, zjeść ciepły posiłek, skorzystać z WiFi czy kupić colę w jednym z automatów. Tak to wygląda w sezonie – od 1 lipca do pierwszych dni września, kiedy śnieg znika ze zboczy, pogoda stabilizuje się i chwilowo ustają porywiste wiatry. Wzrasta jedynie liczba odwiedzających. W weekendy nawet do kilku tysięcy dziennie.

Z nami, dwa tygodnie przed otwarciem sezonu nie chciał wchodzić nikt prócz czwórki znacznie starszych od nas Japończyków zaopatrzonych w kije trekkingowe i wodoodporne kombinezony. Szlak spod 5 stacji nie tylko opatrzony jest o tej porze stosownymi znakami zakazu ale jest też zamknięty szlabanem. To także ostatnie miejsce, gdzie wisi jakakolwiek przydatna tablica informacyjna – numery stacji i szlakowskazy pojawią się dopiero z otwarciem sezonu.
Ku zdumieniu fotografujących się dokoła chińskich turystów Japończycy poszli przodem dodając nam odrobinę pewności w tym co właśnie zamierzaliśmy zrobić.

 

 

Fuji, poza dobrą kondycją i podstawowym obyciem w górach nie wymaga specjalnych umiejętności  wspinaczkowych. Niemal do 7 stacji szlak prowadzi stosunkowo łagodnymi, żwirowymi ścieżkami, dopiero potem zamieniając się w coś, co moglibyśmy już nazwać delikatną skalną wspinaczką znaną z rodzimego Giewontu.

Nasz plan zakładał dojście na szczyt w przeciągu 5-6 godzin, rozbicie namiotów na noc, pobudkę o wschodzie i zejście w 3 godziny. Niewiele czasu upłynęło jednak nim dotarło do nas, że „zejść” możemy tutaj znacznie szybciej i wcale nie chodziło o powrót na dół.

 

 

Rzęsisty deszcz, który towarzyszył nam od Kawaguchiko dość szybko przemienił się w ulewę utrudniając pierwsze podejścia w niegościnnym, wręcz marsjańskim terenie. Spakowani jak na wojnę dźwigaliśmy ze sobą nie tylko namioty ale i maty samopompujące, śpiwory, ciepłą odzież na noc, puchowe kurtki, palnik na alkohol, kilka litrów wody i prowiant. Wliczając w to mój ciężki aparat i niewykorzystany statyw 14-kilogramowy plecak zawierał prawdopodobnie wszystko, co miało pozwolić nam w miarę komfortowo przetrwać te kilka godzin nocy, gdy temperatura nawet w czerwcu spada tu poniżej zera. W Tokyo w tym samym czasie cieszylibyśmy się pewnie 30-stopniowym upałem.

Deszcz i wiatr na przemian ustawały i powracały a widoczność spowodowana gęstymi chmurami spadała miejscami do zaledwie kilku metrów. Wkrótce czwórka Japończyków idąca przed nami zdecydowała się na odwrót i pozostaliśmy zupełnie sami nie wiedząc zupełnie na jakiej wysokości się znajdujemy i jak daleko mamy jeszcze do celu.

 

 

Po czterech godzinach wchodzenia, przemoczeni i przemarznięci do szpiku kości, w gęstym deszczu rozbiliśmy obóz i zdecydowaliśmy o przeczekaniu nocy oraz wejściu na szczyt dopiero po wschodzie słońca.

Noc na Fuji była prawdopodobnie jedną z najgorszych w całym moim życiu. Mimo pokrowca, plecak ze śpiworami zdołał przemoknąć a namiot ledwo opierał się ciągłym podmuchom wiatru i ulewie, która trwała aż do północy. Nakryci wilgotnymi śpiworami i ubrani w koszulki termiczne, polary oraz puchowe kurtki dotrwaliśmy jednak do rana i, choć nie ze szczytu, mieliśmy przyjemność doczekania się przepięknego wschodu wyłaniającego się znad morza chmur. Od tego momentu stosunkowo dobra pogoda miała nam już towarzyszyć przez cały nadchodzący dzień.

 

 

Choć chmury chwilami znów przykrywały górę, ku naszej radości tego dnia nie spadła już ani kropla deszczu. O 5 rano zagotowałem wodę by zalać nasze liofilizowane posiłki, rozwiesiliśmy przemoczone ciuchy z dnia poprzedniego i zaczęliśmy przygotowywać się do wejścia na szczyt. Spakowane plecaki pozostawiliśmy w jednym z wciąż rozstawionych namiotów i ruszyliśmy na lekko orientując mniej więcej, że noc spędziliśmy tuż pod 8 stacją, na dokładnie 3045m n.p.m.

 

 

Ból głowy wywołany wiatrem i zmianami ciśnienia doskwierał nam wszystkim i przypominał o chorobie wysokościowej, która na tej wysokości stanowiła małe ale wciąż jednak jakieś ryzyko. Nigdy wcześniej nie wchodziliśmy tak wysoko i prawdziwym szokiem było dla mnie to, jak bardzo zmęczony się czułem i jak często musieliśmy odpoczywać w drodze na szczyt. Im dalej szliśmy tym więcej pojawiało się zalegającego na szlaku zamarzniętego śniegu i co raz częściej rzucany był przez Paulinę i Dawida pomysł zawrócenia. Dosłownie w chwili gdy już zupełnie wyczerpany zgodziłem się z nimi, spośród unoszących się nad nami chmur wyłoniła się ostatnia ze zdobiących szlak bram torii oraz długo wyczekiwany szczyt. I wtedy właśnie, choć wciąż nie wiem jakim cudem, adrenalinowy kop dodał nam wszystkim na tyle sił by bez przystanku wdrapać się na górę.

 

 

Na szczycie nie zabawiliśmy jednak długo. Potężny wiatr sięgający wg. prognoz z tego dnia 70km/h, przez który ledwo utrzymywaliśmy się na nogach skutecznie odstraszył nas od rytuału obejścia krateru zwanego przez Japończyków ohachi-meguri. I choć przepiękny widok na wulkaniczny krater wynagrodził nam nieprzespaną noc w przemokniętym namiocie, wciąż nie był wart ryzykowania własnego życia. Tuż przy kraterze znaleźliśmy porzucony przez kogoś plecak i rozbity telefon, które nie napawały optymizmem. Wystarczająco dużo szczęścia zużyliśmy już by tu w ogóle dotrzeć a przecież istotą każdego wejścia jest to aby bezpiecznie zejść na dół.

 

 

Podsumowując, dotarcie do naszego punktu obozowego na ponad 3000m. zajęło nam ok. 4 godziny. Stamtąd na szczyt wchodziliśmy jeszcze 3 godziny, co łącznie daje wynik siedmiu godzin. Zejście natomiast zajęło nam zaledwie 3 godziny – schodziliśmy jednak w ogromnym pośpiechu by zdążyć na zarezerwowany i opłacony już wcześniej autobus do Shinjuku.

 

 

Noc w namiocie na górze Fuji to jedna z najciekawszych przygód jakie miałem okazję przeżyć. Mt. Fuji wbrew obiegowej opinii nie jest wcale łatwą górą ale prawdopodobnie żadna góra nie jest gdy pogoda staje się Twoim wrogiem. Szczęśliwie jednak wszystko skończyło się dobrze a schodząc w dół mieliśmy okazję napotkać kilka osób idących na szczyt totalnie „na lekko” bez kurtki ani nawet butelki wody. Z całym naszym osprzętem wyglądaliśmy przy nich dość zabawnie, ale ten kontrast pokazuje właśnie jak zmienne potrafią być warunki i, jeśli odwrót nie wchodzi w grę, zawsze warto przygotować się na najgorsze.

 

 

Na koniec garść przydatnych linków dla tych, którzy planują wejście na Mt. Fuji poza sezonem.

Podstawowe informacje:
http://www.fujisan-climb.jp/en/index.html
http://www.japan-guide.com/e/e6922.html
Pogoda:
http://www.mountain-forecast.com/peaks/Fuji-san/forecasts/3776
Rozkłady autobusów  z Kawaguchiko do Fuji 5th Station:
http://www.japan-guide.com/bus/fuji.html
Rezerwacja autobusów z Shinjuku do Kawaguchiko:
http://highway-buses.jp/fuji/
Kamerki:
http://www.fujigoko.tv/english/

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500C/M + Fuji Pro 160NS

 

 

4 thoughts on “Biwak na Mt. Fuji.

  • Podziwiam Was za wejście i nocleg w takich warunkach. Wchodziłam szlakiem Fujinomiya w sezonie, bo 31 sierpnia, ale dzień po tajfunie i całą drogę wiało tak, że prawie nam głowy pourywało. Końcowe podejście też było dla mnie szokiem, miałam wrażenie, że co chwila musimy się zatrzymywać, żeby odpocząć.

    • Wielkie dzięki za komentarz! Czytałem właśnie Twoją relację i cieszę się, że trafiłem w końcu na kogoś, kto może potwierdzić jak zabójcze są wiatry na Fuji a „wspinaczka w przykucu” to nie jakiś żart 😉

      • Oczywiście! Fuji to poważna sprawa. To, że wchodzi tam 300 tys. ludzi rocznie, nie znaczy, że jest łatwo. W życiu się tak nie umęczyłam, ale tym większa satysfakcja 🙂

Odpowiedz na „Kordian HandzlikAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *