Tokio – opowieść krótka. Cz. 1.

 

Tokio – opowieść krótka. Cz. 1.
Tokio, Japonia.

 

Dlaczego krótka? Bo Tokio to zupełny przypadek. Ślepy traf. 600zł z hakiem za bilet w obie strony to rzadka okazja, z której po prostu musieliśmy skorzystać. Dowód tutaj – loter.pl.

Nie o tanich podróżach będę się jednak rozwodził (chyba, że chcecie?) a o Japonii, którą chciałem zobaczyć odkąd pierwszy raz odwiedziłem krakowskie muzeum Mangghi w wieku 12 lat. Pamiętam też tę dezorientację, gdy pierwszy raz przeczytałem japoński komiks z wydawnictwa JPF, od lewej do prawej jak Guttenberg przykazał, i nic nie zrozumiałem prócz informacji na końcu, że powinienem był zacząć od tyłu. „Ukryta Forteca” była moim pierwszym filmem Kurosawy a książki o samurajach, w tym słynne „Hagakure” były jedynymi, które wyjątkowo nie kurzyły się na półkach.

 

 

Ah, ta fascynacja Japonią, najdziwniejszym z azjatyckich krajów. Tak odległym kulturowo i tak bliskim zarazem dzięki technologii, z której korzystamy na codzień. Nie licząc może tych podgrzewanych desek klozetowych z pierdyliardem przycisków.

Więc tak, w grudniu 2015 pojawił się w sieci niezły deal na lot Turkishem w obie strony na trasie Budapeszt-Istanbul-Tokio. Haczyk? Tylko 7 dni na miejscu. I niestety nie mieszkamy w Budapeszcie.

 

 

Zaplanowaliśmy więc sobie pierwsze dwa dni na Mt. Fuji, o której pisałem ostatnim razem, cztery dni na Tokio i jeden dzień w jego niedalekiej okolicy. Myśleliśmy o Yokohamie, mogło być też malownicze Nikko ale koniec końców padło na rzemieślnicze miasteczko Kawagoe. Tak niewiele czasu!

 

 

Pierwsze zaskoczenie? Metro i Japan Railways. Koleje jeżdżą tu po tych samych torach co metro i początkowo można się pogubić. Różne automaty i różne bilety. Z pociągu raz trzeba wysiąść i się przesiąść a innym razem nie. Do tego wszystkie rozkłady i mapy wyłącznie po japońsku.
Pierwszego dnia, jak dzieci we mgle, nie rozumieliśmy więc zupełnie nic. Drugiego pozwalaliśmy obcym ludziom kupować za nas nasze bilety. Kolejnego dnia kupowaliśmy jakiekolwiek, wiedząc już, że na końcu każdej trasy we właściwym okienku miły Japończyk wyrówna wszelkie należności bez doliczania żadnej kary. Ostatniego dnia czuliśmy się ekspertami w dziedzinie tokijskiej komunikacji miejskiej. I tak jak japońscy kamikaze nabijali niegdyś wylatane godziny na swoich Mitsubishi Zero, tak i my, z uwagi na hostel na wschodnich krańcach miasta wyjeździliśmy ich całe dziesiątki w wagonach Tokyo Metro. A czasu było tak niewiele!

 

 

Jeśli chodzi o nocleg, w grę wchodziły tylko dwie opcje – albo kapsuły albo coś tradycyjnego w stylu ryokanów. Stanęło na hostelu Hana-An i tradycyjnych futonach na matach tatami. Holenderska para z pokoju obok stwierdziła, że już po pierwszej nocy będziemy żałować ale ta sama para mówiła też, że dostępu na Mt. Fuji chroni strażnik i nikt nie da rady wejść na górę poza sezonem. Oczywiście i jedno i drugie było nieprawdą a futon to najwygodniejszy materac na jakim kiedykolwiek spałem.

 

 

Jedną z zaplanowanych jeszcze przed wyjazdem wydarzeń była dla nas wizyta w tokijskim studio tatuażu. W gigantycznym Tokio nie ma ich wcale wiele z prostej przyczyny – tatuaż wciąż postrzegany jest przez japońskie społeczeństwo jako zjawisko wyjątkowo niepożądane. Zorganizowane grupy przestępcze zwane potocznie yakuzą nieodłącznie kojarzone są z tatuażem i, nawet pomimo białej twarzy, jeśli jakikolwiek posiadacie z pewnością zaskoczy Was jak duża ilość osób będzie na jego widok zniesmaczona. Być może nie zostaniecie też wpuszczeni do publicznej łaźni zwanej onsenem lecz z drugiej strony napotkani w knajpach panowie o złotych zębach będą słać szczere uśmiechy w geście podziwu.

 

 

Według Ichiego Hatano – tatuatora, którego mieliśmy okazję odwiedzić trend się na szczęście powoli odmienia i na każdych 10 obcokrajowców wpada już przynajmniej 1 Japończyk. Studia tatuażu nie są jednak tym czym są w Europie lub USA – zamiast wielkich okien i szyldów gdzieś w centrum miasta, są to najczęściej ukryte na jego obrzeżach nierzucające się w oczy lokale, o których wiedzą wyłącznie sami zainteresowani. Choć technika tatuowania uległa zmianie, to na takich zasadach „biznes” ten działał 50 lat temu i przynajmniej z naszego skromnego doświadczenia wynika, że jeszcze przez jakiś czas wszystko pozostanie w cieniu.

 

 

A zatem, góra Fuji, pociągi, japoński tatuaż.. Co jeszcze kojarzy się z Japonią? Jedzenie zdecydowanie! Bałem się, że jakimś sposobem mnie to ominie i wizyta w mini-knajpce na 6 krzeseł pozostanie jakimś trudnym do zrealizowania wyzwaniem a tymczasem jest ich wszędzie tyle, że ciężko je ominąć. Niezależnie czy szukacie klasycznych ramenów, grillowanych przekąsek yakitori czy zwykłej miski ryżu, wszystko da się zjeść w klimatycznych malutkich restauracjach, gdzie prócz Was wciśnie się jeszcze tylko czworo innych gości i butelka piwa.
A skoro o piwie mowa, najlepsza okolica by się go napić to Yurakucho, gdzie prócz mnóstwa knajp pod kamiennymi łukami wiaduktu mieści się jedno wyjątkowe miejsce – Shokuyasu Shoten. Piwa lub sake nie kupimy tu od barmana lecz w automacie i razem z całą masą kończących właśnie pracę Japończyków wypijemy je na stojąco z pociągami przejeżdżającymi tuż nad naszymi głowami.

 

 

Yurakucho ze swymi zadymionymi alejkami skrytymi w cieniu przelatującej linii metra Yamanote to też jedyne miejsce w całym Tokio, które przywodziło mi na myśl „Łowcę Androidów„.
Poza tym, Tokio to wyjątkowo czyste i nowoczesne miasto, w którym przy pięknej pogodzie próżno szukać śladów cyberpunku lat ’80. Brak klimatu znanego mi z moich ulubionych japońskich komiksów to jedyny rozczarowujący fakt na temat tej niesamowitej metropolii.
Tokio to na szczęście nie tylko komiksy i samuraje, więc nie sposób było się nam nudzić, ale o tym już wkrótce.

 

 

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Fot: Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100 / Fuji Superia Premium 400
Hasselblad 500C/M + Fuji NPS 160 / Ilford HP5+ 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *