Paradise Lost.

 

Paradise Lost.
Koh Rong, Kambodża.

 

W lutym 2015 odwiedziliśmy Kambodżę i Tajlandię, o których zdążyłem już napisać parę słów. O czym nie wspomniałem jeszcze to odwiedzone po drodze Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz serbski Belgrad, które wciąż czekają w kolejce. Tymczasem zapraszam jeszcze na chwilę do Kambodży – konkretnie na rajską wyspę Koh Rong.

 

Przeprawa z Phnom Penh na Koh Rong to ok. 5 godzin jazdy autobusem ze stolicy do nadmorskiego Sihanoukville, skąd odpływają promy na wyspę. Na postoju autobusowym na obrzeżach Sihanoukville czeka jak zwykle w takich miejscach mafia tuktukowa/taksówkowa/motocyklowa – do wyboru do koloru, która dowozi pasażerów na wybrzeże. Prom na wyspę to kolejne 30min-1h lub więcej jeśli padnie silnik po drodze i zależnie od typu kosztuje kilka do kilkunastu dolarów za bilet (my płaciliśmy 25USD/os za bilet w dwie strony). Silnik padł nam jednak w drodze powrotnej przez co nie załapaliśmy się na transport do Bangkoku (27USD przez granicę w Koh Kong) i zmuszeni byliśmy spędzić cały dzień w Sihanoukville w hotelu za 8USD. Było nawet przyjemnie, choć nie tak jak niegdyś w malezyjskim Mersing 😉

 

 

Podróżujemy zawsze z małym budżetem, więc gdy już trafiliśmy na wyspę, pierwsze co nas uderzyło to ceny – jak na kambodżańskie standardy Koh Rong wydała nam się cholernie droga. Spędziliśmy ładne kilka godzin łażąc z plecakami wzdłuż plaży w poszukiwaniu wolnego noclegu, a kiedy taki się już znalazł, ceny oscylowały często w okolicy 35-45 dolarów amerykańskich. W końcu udało nam się jednak znaleźć pokój za 15USD w White Rose Guesthouse a po dwóch nocach przenieśliśmy się z dala od hałaśliwej plaży, choć cena została ta sama. Ktoś powie, że 40 dolców to wcale nie dużo, ale w Phnom Penh nocleg kosztował nas zaledwie 6 dolców!

 

 

W chwili gdy szukałem nam miejsca docelowego w Kambodży Koh Rong uchodziła za rajską wyspę – cichą i spokojną, odwiedzaną tylko przez backpackerów choćby właśnie ze względu na ceny. Obok Koh Rong leży podobnie brzmiąca z nazwy Koh Rong Samloem – być może zwyczajnie pomyliłem wyspy, bo choć plaże okupowali faktycznie tylko backpakerzy, to, jak wspomniałem, nie było ani tanio a głośne imprezy trwały od rana do wieczora 🙂

Oczywiście aby znaleźć odrobinę spokoju wystarczyło odejść zaledwie kilka kroków od głównej przystani – puste plaże ciągną się kilometrami po obu stronach wyspy. Przedarcie się tuż przed zmierzchem przez gęstą dżunglę na stronę zachodnią gwarantuje natomiast piękny widok zachodzącego słońca.

 

 

Plażowanie szybko nam się jednak znudziło a o nurkowaniu czy snorklingu tuż przy samym wybrzeżu można na Koh Rong zapomnieć. Białe plaże wyglądają bajecznie, ale równie piaszczyste dno nie zachęca ryb do odwiedzin i jedyne spotkania jakie miałem przy skromnych próbach freedivingu to z niewielkimi ale wielce upierdliwymi meduzami. Bliskie kontakty z meduzami mogą być na prawdę bolesne, o czym sam się przekonałem, ale nijak się mają do tego, co potrafią wyrządzić muchy piaskowe, których na Koh Rong jest zatrzęsienie.
Przyjemną atrakcją jest natomiast nocne oglądanie fluorescencyjnego planktonu – za 5 dolców niewielka łódź zabiera pasażerów na środek morza, gdzie w świetle księżyca można wskoczyć do wody, która rozbłyskuje na niebiesko przy każdym naszym ruchu. Bardzo fajnie zjawisko, ale.. To chyba tyle!

 

 

Spacerując wzdłuż wybrzeża dostrzegliśmy, jak wiele pozostałości po dzikich obozowiskach znajduje się na wyspie. Koh Rong przyciąga bowiem spore grono osób, którym marzy się by choć na chwilę zaznać życia rodem z „Niebiańskiej plaży”. Przeszło mi nawet przez myśl by zrobić krótki reportaż na ten temat na potrzeby tego bloga, ale mimo sporych chęci napotkane osoby nawet jeśli były skłonne do rozmowy, odmawiały robienia im zdjęcia. Kilka notatek jednak zachowałem.
I tak, spotkany na jednej z plaż Surya mieszkał na wyspie już 7 tygodni mając do dyspozycji jedynie hamak rozwieszony między drzewami i własnoręcznie sklecone krzesło ustawione naprzeciw paleniska. Było to drugie krzesło, jakie zbudował, gdyż pierwsze zostało skradzione przez wrogą grupę, która wspomniane krzesło spaliła tuż przed opuszczeniem wyspy.
Surya czekał też na przyjazd swojego przyjaciela, z którym chciał rozkręcić na wyspie własny biznes nim Koh Rong zostanie całkowicie skomercjalizowana, choć już wtedy dostrzegał początki tzw. „wyspiarskiej wojny”, jak to określił.
Ido zbierający drewno na wieczorne ognisko pochodził z Izraela i mieszkał na plaży od dwóch tygodni a Ilyas i Jesper z Danii dopiero co przybyli na miejsce i od razu zabrali się za budowę swego szałasu.

 

 

Wszystkim mieszkającym na dziko osobom zdawał się towarzyszyć hipisowki duch jednośni z naturą, co byłoby godne pochwały gdyby nie sterty śmieci pozostawione gdzieś pomiędzy krzakami kilometry od ostatnich komercyjnych guesthousów. Nie twierdzę, że moi rozmówcy byli temu winni, bo być może to fale przytargały jakieś odpadki na brzeg i ktoś je zebrał ładnie do kupy, ale uśmiech politowania wzbudził napis „Save the planet” ułożony z butelek przy jednym z opuszczonych obozów.

 

 

I tak, ilekroć choćby pomyślę o podróży na tropikalną wyspę lub nawet zwykłym plażowaniu, nie mogę pozbyć się wspomnień z Tioman w Malezji. Plażowaliśmy w kilku całkiem ciekawych miejscach ale żadne nie było tak piękne ani klimatyczne jak Tioman. Tamta mała wyspa, którą odwiedziliśmy 6 lat temu nie obiecywała nam niczego a dała tak wiele. Kambodżańska „Paradise Island” natomiast, mimo, że gorąca i egzotyczna, wydała się jakaś wybrakowana i bezduszna. Pytanie więc czy o „rajskości” wyspy stanowi tylko biały piasek i gorąca, lazurowa woda? Może ten raj, to coś zupełnie innego, raczej niespodziewanego? A może po prostu nie istnieją już rajskie wyspy, na które dostaniemy się promem w pół godziny płacąc dolarami.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Ilford Delta 100 / Kodak Portra 1600 / Kodak Portra 400
Pentax LX + Ilford HP5+ 400

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *