Once upon a time in China.

Once upon a time in China.
Szanghaj, Chiny, 2007.

 

 

Czy ktoś uwierzy jak napiszę, że odwiedzając Szanghaj spodziewałem się ujrzeć świat rodem ze starych filmów kung fu? Choć z lotniska Pu Dong do centrum miasta dojechaliśmy kolejką magnetyczną mknącą 431km/h moje zaskoczenie gdy zobaczyliśmy Szanghaj z bliska nie miało granic.

Dziś to zabawne, bo po Olimpiadzie w Pekinie wszyscy wiedzą jak prężnie rozwijają się Chiny ale w 2007r. gdy nie działało jeszcze Google Street View a zachodnich turystów wrzucających zdjęcia do serwisów społecznościowych na chińskich ulicach było jak na lekarstwo trudno było uzyskać jakiś głębszy obraz tego, co mogło nas czekać po 10-godzinnym locie – pierwszym w naszym życiu.

 

 

Brak tzw. „hype’u” na Chiny miał jednak swoje olbrzymie plusy. Pierwszy – ceny. Hostele były nieziemsko tanie a miejsca w bród. Chiński yuan kosztował wtedy 30 groszy (dwukrotnie mniej niż w tym momencie) i za dwa tysiące złotych spędziliśmy jeden z najciekawszysch miesięcy życia.
Biała twarz znaczyła też, że co chwilę zatrzymani zostaniemy przez kogoś, kto będzie chciał podszkolić swój angielski – lub zupełnie odwrotnie, że sprzedawcy lub kasjerki na dworcach będą uciekać z okienek speszone koniecznością komunikacji w obcym języku. Chińska codzienność była dla nas atrakcją samą w sobie.
Gdy z okazji Expo wróciliśmy do Szanghaju 3 lata później z cudem udało się nam znaleźć nocleg, który i tak każdego dnia musieliśmy zmieniać, bo wszystko było zarezerwowane a my znów lecieliśmy w ciemno. Ceny niczym nie przypominały tego co pamiętaliśmy a w gąszczu zachodnich turystów nie wyróżnialiśmy się już tak bardzo, więc Szanghaj szybko sprawił, że zapomnieliśmy czym jest interakcja z miejscowymi.

 

 

O Expo 2010 będę miał jeszcze okazję wspomnieć, więc wróćmy do tego jak wyglądał Szanghaj w 2007.
Przede wszystkim był ogromny. Spędziliśmy tam niemal dwa tygodnie a i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego. Miejsca, które widzieliśmy dziś natomiast wyglądają zupełnie inaczej bądź nie istnieją już wcale. Szanghaj sprzed 10 laty był wielkim placem budowy, z którego znikały co biedniejsze dzielnice a w ich miejscu powstawać miały drapacze chmur – z najwyższym na świecie Shanghai World Financial Center na czele.

 

 

Choć rozwój miasta dopiero co nabierał tempa, spóźniłem się conajmniej o dekadę by ujrzeć resztki tego, co pamiętałem z „Dawno temu w Chinach„. Epoka dawnych, tradycyjnych Chin zniknęła na dobre, choć nie wszystko zastąpiono szklano-stalowymi konstrukcjami. Mam na myśli Huangpu, centralną część miasta na zachodnim brzegu rzeki Huangpu, w której skład wchodzi People’s Square, Dzielnica Francuska i dawne Stare Miasto.

 

 

Piękna architektura Art Deco ciągnąca się aż po nadrzeczną promenadę zwaną Bundem nie przypomina może scenografii z kopanych produkcji studia braci Shaw, przywodzi jednak na myśl „Szanghajską Triadę” lub „Ostrożnie, pożądanie„, jedne z najlepszych filmowych obrazów prezentujących Perłę Orientu sprzed rewolucji kulturalnej. Zachodni styl miesza się tu wspaniale ze wschodnią kulturą tworząc mieszankę, którą znaleźć można chyba jeszcze jedynie w Singapurze lub Hong Kongu.

 

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Minolta Dynax 5 + Ilford HP5+ 400 / Ilford XP2

 

 

One thought on “Once upon a time in China.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *