Jbel Toubkal. Cz. I.

 

Jbel Toubkal. Cz. I.
Imlil, Atlas Wysoki, Maroko.

 

 

Długo chodził mi po głowie pomysł powrótu do Maroka. To jedno z tych miejsc, które odwiedzić można niewielkim kosztem a spotkanie z totalną egzotyką jest zawsze wliczone w cenę.

Odwiedzając Ogrody Menara w 2013 roku przepiękne pasmo Atlasu malujące się na horyzoncie zdawało się być jak na wyciągnięcie ręki, choć nawet nie przeszło nam wówczas przez myśl by spróbować je odwiedzić. Po powrocie ciekawość zmusiła mnie jednak do przeczytania kilku blogów traktujących o marokańskich szlakach a już zupełnie niedawno przeczytany artykuł w magazynie „NPM” sprawił, że klamka zapadła – musimy wrócić i zdobyć Jbel Toubkal.

 

 

4167m. czyni ten marokański szczyt najwyższym w całej północnej Afryce, choć wcale nie trudnym do zdobycia. Pakując się w drogę wiedzieliśmy jednak, że listopad oznaczać będzie mnóstwo śniegu i bez zimowego sprzętu daleko nie dotrzemy.
Ryanair latający do Marakeszu zmusza niestety właścicieli raków i czekanów do wykupienia dodatkowego bagażu, co musieliśmy ostatecznie zrobić, ale w Imlil, będącym bramą na Toubkal spokojnie można też wszystko wypożyczyć.

Imlil jest niewielką wioską leżącą kilkadziesiąt kilometrów od Marakeszu do której dostaliśmy się za pomocą taksówki („grand taxi”) współdzielonej z parą Amerykanów z Oregonu. Taksówki odjeżdżają z Rue Oqba Ben Nafaa znajdującej się rzut beretem od meczetu Koutoubia i można nimi dojechać prosto do Imlil lub, dla zaoszczędzenia kilku groszy, dojechać do Asni i tam następnie złapać miejscowy bus kursujący między wioskami. Tym drugim sposobem wracaliśmy z powrotem do Marakeszu, już grubo po zmierzchu, dziękując w duchu, że nie utknęliśmy ani w Asni ani w Imlil, które mimo pięknego położenia nie są niestety warte dłuższej wzmianki.

 

Co innego mijane po drodze berberyjskie osady. Tych jest w Atlasie mnóstwo i wskazywać będzie je zarówno taksówkarz w drodze do Imlil jak i bez trudu wypatrzeć je można później, pokonując kolejne kilometry pieszo w stronę szczytu. Jedna z tych osad, której zdjęcie jakimś cudem mi nie wyszło (!) służyła jako plan zdjęciowy dla filmu „Siedem lat w Tybecie”.

Maroko jest fascynujące pod wieloma względami ale to co, jest dla mnie najbardziej wyjątkowe, to, że zależnie od lokalizacji poczuć się można tu jak w innych światach. Zagmatwane mediny starych miast zabiorą Cię tu w scenerię rodem z „Assassin’s Creed„, berberyjskie osady przyniosą na myśl Nepal lub Tybet a półpustynne wzgórza przeniosą w czasy dzieciństwa, o ile rzecz jasna mieliście styczność z „Biblią w obrazkach dla najmłodszych”. Niezależnie więc czy jesteście fanami „Casablanki„, „Lawrence’a z Arabii” czy może „Poszukiwaczy zaginionej Arki” – Maroko zabierze Was w podróż do przeszłości i tak, jak w większości tych opowieści wśród obcej kultury zdani będziecie tylko na siebie.

Pierwszą przeszkodą może być nawigacja. O ile nie podąża przed Wami stado turystów z przewodnikami, warto pytać o drogę każdą napotkaną osobę. Wyjście z Imlil na właściwy szlak trudne nie jest ale z dostępnych w sieci relacji jasno wynika, że nie jeden już pobłądził i nam też zdarzyło się parę razy zawracać.

 

 

Na Jbel Toubkal zabraliśmy się prosto po wylądowaniu w Marakeszu i szczęściem było napotkanie wspomnianej pary z USA przy postoju taksówek i współdzielenie kosztów przejazdu. Dalej już, z racji dość późnej pory byliśmy chyba jedynymi, którzy zdecydowali się na trekking w stronę szczytu. Mijając kolejne osady, w połowie drogi natrafiliśmy jednak na młodego Marokańczyka imieniem Yahya, który mimo, że nie służył pomocą w orientacji na szlaku to stał się barwnym tłem naszej podróży i kolejnego dnia zdołał zorganizować nam powrót do Marakeszu wspomnianym busem przez Asni.

 

 

Zasadniczo, szlak ciągnie się z Imlil na południe i przez pierwsze kilometry powinno się podążać prawą (zachodnią) stroną doliny aż do miejsca gdzie wyjdziemy zupełnie z miasta i napotkamy kamienne koryto rzeczne, które należy przekroczyć na drugą stronę. Od tej pory ciężko już pobłądzić – co kilkadziesiąt metrów kamienie na szlaku oznaczone są pomarańczowym sprayem a szlak wije się raz jedną a raz drugą stroną wzdłuż potoku pnąc się jednocześnie coraz wyżej i wyżej.

 

 

Po kilku godzinach marszu złapał nas w końcu zmrok ale gdzieś w oddali migotały już światła schroniska Refuge du Toubkal w którym zamierzaliśmy zatrzymać się na noc. Nad ranem kolejnego dnia mieliśmy wyruszyć na szczyt ale o tym dopiero następnym razem! 🙂

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *