Jbel Toubkal. Cz. II.

Jbel Toubkal. Cz. II.
Atlas Wysoki, Maroko.

 

 

Schronisko Refuge du Toubkal do którego dotarliśmy grubo po zachodzie słońca znajduje się na nieco ponad 3200m wysokości. Jak większość schronisk tak i to nie oferuje zbyt wielu wygód a wewnątrz panuje temperatura zbliżona do tej na zewnątrz. Odpuszczając więc sobie wizytę pod prysznicem gdzie woda była tak zimna, że dziwiło nas, że jeszcze nie zamarzała zdecydowaliśmy by tylko zjeść kolację w postaci gigantycznego tajine i zająć nasze łóżka w pokoju pełnym turystów z różnych stron świata.
Świeże ciuszki na noc, kurtki puchowe i, w końcu, nasze śpiwory przykryte dodatkowo grubymi kocami będącymi jedynym udogodnieniem oferowanym przez schronisko pozwoliły nam nie zamarznąć w nocy i o 5 rano wytoczyliśmy się z pokoju na śniadanie.

Z chwilą z którą otworzyłem oczy dała się już odczuć wysokość, na której spędziliśmy noc. Mając za sobą pewne niezbyt przyjemne doświadczenia z odwodnieniem starałem się pić regularnie w drodze do schroniska, więc uczucie nudności oraz czegoś, co można porównać jedynie do kaca, towarzyszące mi podczas śniadania wskazywać mogły wyłącznie na pierwsze objawy choroby wysokościowej. I choć mdłości minęły gdy tylko przestałem patrzeć na jedzenie tak ból głowy narastał wraz z każdym metrem, który pokonywaliśmy idąc w ciemnościach w stronę szczytu.

 

 

Równo z nami wyruszyła grupka kilku Marokańczyków i tego dnia nie byliśmy już jedynymi na trasie. Pogoda też zapowiadała się wyśmienicie, choć dopóki nie znaleźliśmy się w promieniach porannego słońca, temperatura oscylująca w okolicach -15*C zdawała się być zabójcza zwłaszcza dla naszych stóp udeptujących głęboki śnieg. Niech może tym razem zdjęcia przemówią same za siebie.

 

 

Szczyt Jbel Toubkal jak i samo końcowe podejście do niego uraczyło nas niesamowitymi widokami roztaczającymi się wokoło. Mieliśmy ogromne szczęście by ujrzeć pasmo Atlasu w takich warunkach – w śniegu i słońcu jednocześnie, bez uciążliwego wiatru czy przysłaniających wszystko chmur.
Wysokość 4167m. robiła jednak swoje i ból głowy na szczycie zdawał się rozsadzać stopniowo moją czaszkę. Zabawaliśmy na górze wystarczająco długo by zrobić kilka zdjęć i zjeść coś słodkiego (w tym pyszne suszone daktyle, którymi częstowali Marokańczycy) i czas nadszedł by możliwie najszybciej zejść na dół.

 

 

W schronisku daliśmy przez chwilę odpocząć nogom i zamówiliśmy ciepłą harirę oraz kolejną porcję tajine, która miała zasilić nas energią niezbędną na powrót do Marakeszu. Gdybyśmy wiedzieli jak długo zajmie nam zejście i jak bolesne będzie ono dla naszych niewprawionych mięśni inaczej rozplanowalibyśmy prawdopodobnie nasz kilkudniowy pobyt w Maroku dając sobie jeden dzień odpoczynku w Imlil lub decydując na wejście na szczyt jeszcze wcześniejszą porą.
Wyboru już jednak nie było, więc po spakowaniu plecaków pożegnaliśmy się z Refuge du Toubkal i ruszyliśmy naprzód stopniowo zostawiając śnieg za sobą i zbliżając w kierunku ciepła i jako takiej cywilizacji.

 

 

Na zakończenie przedstawiam jeszcze nasz filmik, który zdecydowaliśmy się skleić na potrzeby bloga – być może zachęci on niektórych do podjęcia tego małego wyzwania jakim jest zdobycie Jbel Toubkal lub samo odwiedzenie Maroka, które jest jednym z najlepszych egzotycznych kierunków, na krótki urlop. W naszym przypadku były to zaledwie 4 dni – być może krótkie ale jak intensywne! 🙂

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *