From Bali to Java: Kawah Ijen.

 

From Bali to Java: Kawah Ijen.
Jawa wschodnia, Indonezja.

 

 

Tegoroczną wyprawę do Indonezji rozpoczęliśmy w Manchesterze i po przesiadce w Istanbule, gdzie dołączyli do nas Lipki w Azji oraz krótkim stopie w Manili dotarliśmy na Bali.
Nie marnując czasu, pod osłoną nocy wydostaliśmy się szybko z lotniska w Denpasar i ruszyliśmy na dworzec autobusowy Ubung, gdzie zjedliśmy nasz pierwszy nasi goreng i wyjechaliśmy w kierunku północno-zachodniego krańca wyspy.

Cztery godziny jazdy rozklekotanym busem raczyło nas widokiem mieniących się w księżycowym blasku fal morskich i palmowych liści. Tuż przed brzaskiem do busa wciskało się coraz więcej dzieci jadących do szkoły oraz sprzedawczyń z okolicznych targów upychających swe towary w każde możliwe miejsce. Mieliśmy szczęście, że jechaliśmy nocą gdy temperatura była jeszcze przyjemnie chłodna a do portowego miasteczka Gilimanuk udało nam się dotrzeć wraz z pierwszymi promieniami upalnego słońca.

 

 

W Gilimanuk złapaliśmy prom płynący na Jawę i po kilkudziesięciu minutach zeszliśmy na ląd, gdzie znaleźliśmy wreszcie sygnał Wi-Fi i skontaktowaliśmy z zabukowanym wcześniej guesthousem by ktoś po nas wyjechał.

Java Sunrise Homestay w Banyuwangi okazał się miłym przybytkiem pośród pól ryżowych, w której gośćmi byliśmy tylko my, dwie zagubione Niemki i kika rzekomo niejadowitych węży.

 

 

Dzień w tym niewielkim miasteczku na wschodnim brzegu Jawy spędziliśmy pod znakiem poznawania miejscowego jedzenia oraz nauki kilku prostych zwrotów, które ułatwić nam miały stołowanie się w lokalnych warungach, gdzie coś takiego jak menu po prostu nie istnieje. Był to też chyba jeden z nielicznych dni kiedy przemierzaliśmy ulice pieszo – silnik i dwa kółka już wkrótce miały się stać naszym nieodłącznym kompanem podróży.

 

 

Banyuwangi nie jest miastem interesującym samym w sobie ale to właśnie stąd prowadzi droga na Kawah Ijen – wulkan słynący z kopalni siarki oraz znajdującego się wewnątrz jego krateru bajecznego jeziora.

Ilekroć o wulkanach wspominam ciężko nie odnieść mi się do Mt. Fuji, czyli pierwszego zdobytego stratowulkanu. Ijen w tym porównaniu wypada blado z „zaledwie” 2799m. wysokości i bardzo łatwym, przystosowanym pod niedzielnych turystów podejściem. Szata roślinna jest jednak zgoła odmienna i przypomina raczej znany z „Gwiezdnych Wojen” wilgotny Endor niż księżycowe pustkowie.

 

 

Większość turystów przyjeżdża tu jednak nie dla przyrody czy nawet samego trekkingu pod górę ale by jeszcze w ciemnościach ujrzeć taniec błękitnych płomieni unoszących się nad złożami siarki. Po gazowym „pokazie” w wielkim napięciu czeka się na przepiękny wschód słońca i jest on tym bardziej wyczekiwany im niższa panuje temperatura. Naszemu wejściu towarzyszył także rzęsisty deszcz, więc pierwsze oznaki wyłaniającego się zza horyzontu słońca były dosłownie jak zbawienie.

 

 

Kierowani doświadczeniem zaopatrzyliśmy się na to skromne przedsięwzięcie zarówno w ciepłe warstwy odzieży termicznej jak i kurtki przeciwdeszczowe a Paulina rozsądnie zabrała nawet puchówkę przydatną podczas bezczynnego oczekiwania na wschód. Tym sposobem nie zmarzliśmy aż tak, choć deszcz i wilgoć z otaczających nas chmur osiadała dosłownie na wszystkim i skutecznie niweczyła moje fotograficzne plany co do tego magicznego miejsca.

 

 

Wulkany najwyraźniej nie przepadają za mną aż tak jak ja za nimi (o tym jeszcze będę miał okazję wspomnieć przy okazji Mt. Kelimutu) i chyba dlatego mgła podążała wszędzie tam gdzie tylko kierowałem swój obiektyw. Koniec końców udało nam się sporo przepięknych widoków ujrzeć, więc nie ma tragedii nawet jeśli nie udało mi się uwiecznić ich na zdjęciach. Kawah Ijen to moim zdaniem zdecydowany must-see w tej części Indonezji i, w deszczu czy bez, jestem przekonany, że zadowoli nawet najbardziej wybrednych.

 

 

Po poranku spędzonym u szczytu wulkanu wciąż pozostawało nam sporo czasu na zaznajomienie się z okolicą słynącą z upraw kauczuku i piekielnie drogiej kawy (kopi luwak) a kolejnego dnia wyruszyć mieliśmy w drogę powrotną na Bali.
Choć o Bali będę miał okazję wspomnieć już w kolejnym poście, to, na razie, wyspa była zaledwie krótkim stopem przed dalszą podróżą na zdecydowanie rzadziej odwiedzany przez turystów wschód.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Fuji Provia 100F
Pentax ME Super + Fuji Superia X-Tra 200
Hasselblad 500CM + Fuji Provia 100F

 

One thought on “From Bali to Java: Kawah Ijen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *