Flores: Kelimutu National Park.

Flores: Kelimutu National Park.
Moni, Flores, Indonezja.

 

Gdy o 6 rano słońce wzeszło nad Maumere, my byliśmy już po zimnym prysznicu i akurat kończyliśmy nasze śniadanie. Niewielki plecak zapakowany na dwa dni, obowiązkowy zapas wody oraz skutery zatankowane do pełna czekały niecierpliwie byśmy ruszyli w drogę.

 

 

Trasa z Maumere do Moni, niewielkiego miasteczka u stóp Kelimutu, to zaledwie 100 kilometrów. 100 kilometrów, które mapy google szacują na aż 3 godziny jazdy. 3 godziny spędzone głównie na górskich winklach – z góry, pod górę, z górami raz po obu stronach a raz tylko po jednej i przepięknym wybrzeżem po drugiej. Raz w deszczu, raz w słońcu, z przerwami raz krótkimi a innym razem dłuższymi, jak wtedy, gdy Paulina postanowiła zatrzymać się na chwilę w mijanej przez nas szkole.

 

 

Gdy po wielokrotnych przystankach na posiłek/zdjęcia/toaletę dotarliśmy w końcu do skąpanego w górskiej mgle Moni, okazało się, że 3 godziny jazdy zamieniło się nagle w 5. Czas leciał w trasie nieubłaganie, ale widoki były zbyt niesamowite by po prostu pruć przed siebie. Odziani w ubierane stopniowo warstwy ciuchów z kurtką przeciwdeszczową na czele czuliśmy także, że Mt. Kelimutu nie uraczy nas tego dnia dobrą pogodą.

 

 

Jechaliśmy kolejny raz w ciemno, licząc, że na miejscu uda nam się znaleźć skromny nocleg w rozsądnej cenie. Nie musieliśmy szukać długo by natrafić na znak kierujący na sympatycznie brzmiące Palm Bungalows, znajdujące się zaledwie kilkadziesiąt metrów od głównej drogi tuż przed Moni. By ściąć koszty, po raz kolejny zdecydowaliśmy się na jeden pokój dla nas wszystkich – 200 000IDR wraz ze śniadaniem dla całej naszej czwórki wynosiło przy ówczesnym kursie zaledwie 15zł na osobę.

 

 

Gdy tylko zostawiliśmy niepotrzebne graty w naszej chatce wyruszyliśmy do centrum miasteczka na posiłek i tankowanie. Gdy chodzi o posiłki, Indonezja kojarzy mi się bardzo z Indiami. Nie ze względu na kuchnię ale na czas oczekiwania. Na turystycznym Bali posiłek trafia co prawda na stół przeciętnie w 15 minut – na wsiach Flores czas ten wydłuża się jednak nawet do godziny, czego doświadczyliśmy kilkukrotnie. Jedzenie było pyszne gdziekolwiek byliśmy, to nie podlega dyskusji – tylko ten czas sprawiał, że czasem wybieraliśmy ciastka na drogę zamiast postoju w miejscowym warungu.

 

 

Widząc jak deszczowe chmury spowijają Moni postanowiliśmy odłożyć wejście na Mt. Kelimutu na dzień kolejny. Nie zrezygnowaliśmy jednak z eksploracji okolicy oraz sprawdzenia trasy pod bramę parku, którą mieliśmy pokonać nazajutrz. Szybko okazało się, że droga prowadząca w stronę Kelimutu National Park to ciąg szutrowych odcinków, które w obecnej pogodzie składały się głównie z błota i głębokich po kolana kałuż. Nie zmyślam, mieliśmy okazję sprawdzić. Skuterom potrzebne było generalne mycie a moje buty wciąż noszą ślady zasuszonego błota.
Wysiłek pokonania błotnisk został na szczęście nagrodzony. Słońce się nie pojawiło, ale wracając spod bram parku zatrzymaliśmy się przy Air Kolo Rongo – gorących źródłach ukrytych wśród pól uprawnych. Nigdy wcześniej nie kąpałem się w gorących źródłach, więc było to dla mnie wyjątkowo niezwykłe przeżycie a fakt, że do ogrzanej przez pobliski wulkan wody zaprosiła nas gromada miejscowych sprawił, że było to jedno z niezapomnianych doświadczeń podczas całej podróży.

 

 

Kolejnego dnia wstaliśmy znów o świcie, wraz z pierwszym kurem piejącym tuż za ogrodzeniem naszej chatki. Nim zasiedliśmy do śniadania z zachmurzonego nieba znów polał się gęsty deszcz – Mt. Kelimutu ewidentnie nie chciało nas ugościć. Nie dając za wygraną postanowiliśmy ruszyć w stronę parku, w końcu początkowe wejście na Kawah Ijen także odbyliśmy w deszczu, by potem móc cieszyć się względnie suchą pogodą.
Na Mt. Kelimutu tak miło jednak nie było i choć do samego końca nadzieje mieliśmy wielkie, kolorowych jezior na szczycie krateru nie ujrzeliśmy.
Wrażenia z góry były mimo to niesamowite, w białej jak mleko mgle i wśród gigantycznych paproci porastających strome zbocza znów poczuć się mogliśmy jak na obcej planecie.

 

 

Po powrocie z Mt. Kelimutu obmyliśmy skutery z błota, przebraliśmy w suche ciuchy i nie tracąc czasu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem przystanek miał być po drodze tylko jeden i miała nim być znajdująca się w połowie drogi do Maumere Koka Beach. Ciemne chmury nie ustępowały ani na krok aż do samej plaży a po drodze zdążyło nas też srogo zmoczyć, ale przynajmniej czas mieliśmy dobry – odkręcając manetki do oporu gdy tylko nadażała się taka możliwość do samego Maumere wróciliśmy tym razem w niecałe 3 godziny!

 

 

Po drodze padły mi niestety światła i zamiast skupić się na przepakowaniu bagaży, razem z Marią, właścicielką hotelu Sinar Kabor musiałem podjechać do mechanika by wymienić żarówki.
Liczyliśmy na szybki powrót do Maumere aby jeszcze przed zmierzchem dotrzeć do jednej z plaż na wschód od miasta. Wymiana żarówek jak i samo zorganizowanie się zajęło nam jednak tyle czasu, że aby nie musieć spędzać nocy z karaluchami w Sinar Kabor, musieliśmy zdjąć z siebie limit czasowy. Jazda nocą w Indonezji to jeden z najgłupszych pomysłów i zarazem najprostszych recept na wypadek – podejmując się go chciałem mieć jednak pewność, że posród setek niesprawnych i nieoświetlonych skuterów na drodze chociaż ja będę cokolwiek widział.

Niebiańska plaża, na której postanowiliśmy spędzić kolejne dni na Flores nie miała swego imienia a my nie wiedzieliśmy nawet gdzie się dokładnie zatrzymać. Jadący przed nami Andrzej miał jednak ze sobą zwitek papieru z wypisanymi nazwami możliwych noclegów na wschód od Maumere stanowiący naszą jedyną „mapę” pod rozgwieżdzonym niebem.
Po przejechaniu w ciemnościach 30 kilometrów rozpoczęliśmy aktywne wypytywanie wszystkich mijanych osób o Lena House – miejsce, które wybraliśmy nie pamiętam nawet na jakiej podstawie. Gdy po ciężkich poszukiwaniach w końcu udało nam się je znaleźć, czułem, że nie mogliśmy trafić lepiej. Cudem załapaliśmy się na kolację po czym przepłynęliśmy łodzią (!) do naszych bungalowów, gdzie jeszcze przez chwilę mogliśmy cieszyć się prądem nim działający zaledwie parę godzin dziennie generator poszedł w stan uśpienia.
Ukryta zatoka przez którą dopiero co przepłynęliśmy już rano miała uraczyć nas swym pięknym widokiem.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100
Pentax ME Super + Fuji Superia X-Tra 200

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *