Flores: Road to Larantuka.

Flores: Road to Larantuka.
Larantuka, Flores, Indonezja.

 

Podczas gdy Paulina, Dorota i Andrzej zdobywali aktywny wciąż wulkan Egon, ja wybrałem się w kilkugodzinną drogę na wschodni kraniec Flores. Dalej niż do Larantuki drogi lądowe nie prowadzą – jest jedynie morze, Timor i Timor Wschodni. Po drodze natomiast dżungla, góry, zatoki i kościoły.

 

 

I gdy myślałem, że droga z Maumere do Moni jest jedną z najpiękniejszych jakie widziałem, tzw. Jalan Nasional Larantuka-Maumere rozwiała moje wątpliwości.

 

 

O kościołach wspomniałem już ostatnim razem i wspomnę jeszcze przy osobnej okazji. Zatrzymywałem się przy nich by robić zdjęcia i podczas tych krótkich stopów niejednokrotnie zapraszany byłem na pogawędki przy ciastku i herbacie, ale z racji tego, że nie mówię po indonezyjsku niestety zwykle niezrozumiałe dla żadnej ze stron. Zawsze jednak w przyjemnej atmosferze. I w cieniu!

 

 

Upalne słońce towarzyszące praktycznie bez ustanku wymuszało częste stopy wynagradzane jednak przepięknymi widokami. Indonezja jest wręcz stworzona by zwiedzać ją motocyklem. Zabawne jednak, że będąc w drodze niemal cały dzień na całej długości trasy napotkałem zaledwie jednego białego motocyklistę.

 

 

130 kilometrów to z jednej strony niewiele ale po raz kolejny conajmniej 3/4 z nich to ciasne winkle wijące się między wzgórzami z raczej rzadkimi prostymi usytuowanymi jedynie wzdłuż wybrzeża. Dotarcie do Larantuki zajmuje conajmniej 3 godziny bezustannej jazdy a z przerwami znacznie więcej. Z przerwami na zdjęcia i wymianę uprzejmości z lokalsami – sami wiecie..

 

 

Szczęśliwie do Larantuki zawitałem ok godziny 15 co zostawiło mi zapas 3 godzin na szybki powrót do zatoki by załapać się na zachód słońca. Sama Larantuka natomiast niestety niewiele miała do zaoferowania. To dość rozległa portowa mieścina z mnóstwem usytuowanych wzdłuż drogi kolorowych cmentarzy, starych kościołów i ludzi nie mających chyba zbyt wiele do roboty.

 

 

Miasto rozkwita podobno w okresie wiosennym gdy podczas Wielkiej Nocy na jego ulicach odbywa się spektakularna procesja, na którą ściągają turyści aż z Wysp Komodo. Poza Wielkanocą jedynym turystą musiałem tu być chyba tylko ja na co wskazywały hordy dzieciaków kierujących się w moją stronę gdziekolwiek się nie zatrzymałem.
To był też jedyny raz podczas całej podróży po Indonezji gdy wyciągano do mnie ręce prosząc o pieniądze. Czasami nawet nie prosząc lecz żądając, co zostawiło niezbyt przyjemne wrażenie. Miałem swój pomysł na Larantukę oraz jakąś jej wizję w głowie, która niestety nijak miała się do rzeczywistości. Dość szybko zrezygnowałem więc z poszukiwań tego, co myślałem, że tu znajdę i ruszyłem w drogę powrotną.

Gdy ostatni zardzewiały kadłub statku zacumowanego u brzegu Larantuki zniknął za moimi plecami odetchnąłem z ulgą i powitałem znów widok porośniętych dżunglą wulkanów.

 

 

Podobnie jak i w przypadku wypadu do Moni tak i tym razem powrót przez górzyste tereny zajął mi znacznie mniej czasu niż gdy jechałem w przeciwnym kierunku. Pamiętając trasę jedzie się zarówno pewniej jak i szybciej – wbrew wcześniejszym obawom w zatoce znalazłem się więc równo o zachodzie słońca, w zaledwie 2.5 godziny.

Paulina i Lipki utknęli w drodze z wulkanu i dołączyli do mnie znacznie później niż planowali. Egon na ich zdjęciach wyglądał natomiast nieziemsko i żałowałem przez moment, że nie podjąłem wyzwania wraz z nimi. Była to w końcu ostatnia szansa na zdobycie indonezyjskiego wulkanu bez towarzystwa deszczu. Droga do Larantuki była jednak tym co nakreśliłem sobie w głowie jeszcze na długo przed wyjazdem i nie mogłem ot tak odpuścić. Być może nie dla samego miasta na końcu trasy ale dla tych spotkań z lokalsami, bezustannych pozdrowień na drodze, niesamowitych widoków i kolejnych przejechanych kilometrów – było warto.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100
Pentax ME Super + Fuji Superia X-Tra 200

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *