Once upon a time in Hangzhou.

Once upon a time in Hangzhou.
Hangzhou, Chiny, 2007.

 

 

Niedawno wróciłem pamięcią do Szanghaju i mojej pierwszej poważnej podróży. Ciągiem dalszym tamtego wyjazdu była nasza wizyta w Hangzhou, malowniczej miejscowości nad jeziorem Xi Hu. Spędziliśmy tam ponad dwa tygodnie przemierzając na rowerach niezliczone ilości kilometrów, zjadając tony ryżu a nawet zawierając przyjaźń, która trwała ładne kilka lat.

 

 

 

Gdy dziś, z perspektywy czasu, pomyślę o spędzeniu ponad dwóch tygodni w jednym miejscu oczy same chcą mi wyjść ze zdziwienia. I ciężko mi nawet zdecydować czy na myśl jak głupi jest to pomysł czy wręcz przeciwnie – jak dobry.

Nasza pierwsza podróż polegała na chłonięciu miejsca, w którym się aktualnie znajdowaliśmy. Chcieliśmy odwiedzać ten sam sklepik na rogu przez cały pobyt, jeść obiad w tej samej restauracji i pić Tsing-Tao na tym samym krawężniku co wieczór. Brzmi znajomo? Tak, to coś w stylu bycia w domu. Bycia w miejscu, które znasz jak własną kieszeń. Choć miesiąc to i tak niewiele, nasza podróż do Chin miała znamiona stałego pobytu na tyle na ile się dało.

 

 

W Hangzhou poznaliśmy Wen Wen, młodą Chinkę, która stała się naszym towarzyszem na czas naszej obecności nad Jeziorem Zachodnim ale także korespondowaliśmy ze sobą jeszcze przez dobre parę lat a nawet spotkaliśmy na chwilę w Mediolanie, gdzie wyjechała na studia.

Na zawsze w pamięci pozostaną nam rowerowe wycieczki poza miasto, skromne trekkingi po pobliskich wzgórzach, łapanie cykad oraz ulewne deszcze, które niekiedy nie pozwalały na wyjście z wieloosobowego pokoju pełnego uciążliwych współlokatorów w stylu Gordona podrywającego jedną z dziewczyn i tego kolesia w rogu sali, który puszczał sobie klipy w środku nocy.

 

 

W Hangzhou kupiłem gigantyczną figurkę Spawna, którą targaliśmy później do Polski w jakiejś siatce z supermarketu. Kupiliśmy też więcej suwenirów dla wszystkich naszych znajomych niż kiedykolwiek później dla siebie. Oczywiście nikt się nie odwdzięczył podobnym, co powinno być kolejną lekcją do przyswojenia.

W Hangzhou wybraliśmy się też na Transformersy do kina co zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Nie ze względu na umiejętności reżyserskie Michaela Baya ale ze względu na zabudowę miasta, które nas przywitało po wyjściu z kina – tak inną od Krakowa i tego co do tej pory widziałem oraz tak bliską temu co widziałem na ekranie.
W deszczowy wieczór obejrzeliśmy także mój ulubiony film wszech czasów, czyli Łowcę Androidów i być może właśnie dlatego wciąż martwię się, że niespisane wspomnienia rozpłyną się w czasie jak łzy w deszczu. Gdzieś w środku wiem, że to i tak nieuniknione – nawet teraz mam wrażenie, że mógłbym opisać każdy dzień z osobna pamiętając je z najdrobniejszymi szczegółami a jednak gdy próbuję okazuje się, że widzę tylko fragmenty rozrzucone gdzieś w nieokreślonej przestrzeni czasu.

 

 

Szczęśliwie dla mnie i mojej wybiórczej pamięci na rok przed Chinami zainteresowałem się fotografią. Wydobyty ze schowka stary Fed 5B rodziców pozwolił mi poeksperymentować z czernią i bielą a ze względu na brak światłomierza nauczył istotnych podstaw fotografii analogowej. W międzyczasie nabyłem także Pentaxa ME Super, którym zrobiłem może z dwie rolki filmu po czym wymieniłem go na Minoltę Dynax 5, która stała się towarzyszem na czas podróży do Chin.

Jak widać zwłaszcza na początku aparaty lubiłem zmieniać całkiem często ale od czasu Chin jedno pozostało niezmienne – podróże i fotografia analogowa. Jak „złapać bakcyla” to na dobre.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Minolta Dynax 5 + Fuji Reala 100 / Ilford Pan F+ 50 / Ilford XP2 400

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *