A la sombra de un volcán.

 

 

„A la sombra de un volcán.”
Antigua, Gwatemala.

 

Znów trochę czasu upłynęło odkąd wróciliśmy ale wrażenia niezapomniane, więc i tym razem chyba uda mi się je tutaj streścić.

Dlaczego Gwatemala? Nie będę ukrywał, Ameryka Centralna i Południowa ciągną nas do siebie co raz mocniej i szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że Andrzej, z którym kilka miesięcy wcześniej przemierzaliśmy Indonezję podesłał nam linka do biletów za, uwaga, 600zł w obie strony, więc jak można by odmówić.
Paulina upierała się na Meksyk, ale zgodnie stwierdziliśmy, że możemy spędzić tylko tydzień na miejscu, a na Meksyk chcielibyśmy przeznaczyć w przyszłości znacznie więcej.
O Gwatemali zawsze słyszałem same dobre opinie, wspólnie oglądaliśmy „Ixcanul” i, najistotniejsza chyba sprawa, odkąd sięgam pamięcią zawsze intrygował mnie fakt, że sceny na Yavin 4 w „Nowej Nadziei” kręcono w Tikal – porośnietym gęstą dżunglą mieście Majów. Z tak bogatą wiedzą na temat tego kraju spakowałem się jedynie w bagaż podręczny oraz zabrałem tym razem tylko jeden aparat, co by za wiele nie dźwigać i 29 października wyruszyliśmy w bardzo długą podróż do przepięknej Gwatemali.

 

 

Nikt nigdy nie pyta, ale spieszę wytłumaczyć, że czas trwania lotów oraz stopoverów są w naszym przypadku zawsze odwrotnie proporcjonalne do ceny jaką płacimy. I w tym przypadku 600zł przełożyło się na cały dzień postoju w Amsterdamie, dwa dni w Mexico City (więc jednak był i Meksyk!) oraz docelowe 7 dni w Gwatemali. Plus ponad doba w powietrzu ale to akurat najmniej istotne. O tym co robiliśmy w Amsterdamie i Meksyku wspomnę przy innej okazji a teraz przeniosę się wspomnieniami do Antigua Guatemala – dawnej stolicy kraju, do której udaliśmy się prosto z lotniska.

 

 

Lotnisko La Aurora (piękna nazwa) mieści się w Guatemala City, ponad godzinę szybkiej jazdy od Antigua. Na miejsce dotarliśmy późną nocą, ale hotel już mieliśmy zarezerwowany, więc obyło się bez stresu. Połowę naszych plecaków wypełniały ciepłe, trekkingowe ciuchy, które zapakowaliśmy aby wspiąć się na szczyt wulkanu Acatenango i, mimo, że ze względów pogodowych do wspinaczki jednak nie doszło, to zarówno buty przydały się później w dżungli jak i ciepłe ciuszki podczas nocnych spacerów po mieście.

Jak każda dawna stolica tak i Antigua ma swoją bogatą historię oraz powód, dla którego przestała stolicą być. Z ulic miasta roztacza się widok na trzy okoliczne wulkany, z czego Volcan de Agua zdaje się być niezwykle blisko i choćby to dawać mogłoby już sporo do myślenia. Antigua ugięła się jednak nie pod kulami ognia a w wyniku potężnych trzęsień ziemi, które nawiedzały rejon w XVIII wieku. Stolicę przeniesiono kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód i tak powstał nowy krąg piekielny zwany Guate City, o którym wspomnę w swoim czasie.

 

 

Antigua to dla odmiany taki rajski ogród, kolorowy i bezpieczny, gdzie prócz spacerów brukowanymi uliczkami być może i nie było zbyt wiele do roboty, wszyscy wokoło byli jednak mili, życzliwi i uśmiechnięci. Kolonialne miasta w tej części globu to dla mnie wciąż nowość, więc Antiguę porównać mógłbym tylko do brazylijskiego Paraty, które odwiedziliśmy kilka lat temu, przez co niezwykle przypadła mi do gustu.

 

 

Dość spontanicznie zawitaliśmy tu do jednego z salonów tatuażu i jeszcze przed zachodem słońca mieliśmy na ramionach nowe kolory a Carlos, który pracuje w Antigua Tattoo Company wraz ze swym bratem (który to, nota bene, rozpoznał jeden z moich tatuaży i wiedział, kto z Polski go wykonał!) postanowił zabrać nas na mały trip za miasto dnia kolejnego.

 

 

Zasadniczo, nasz pierwszy dzień w Antigua spełzł więc na eksploracji miasteczka, dziaraniu się oraz podglądaniu poprzebieranych mieszkańców, jako że wypadał tego dnia Dzień Zmarłych obchodzony przez zamerykanizowaną część społeczeństwa trochę jak Halloween. Zjedliśmy sporo lokalnych pyszności pod kościołem La Merced, wypaliliśmy też „maya puro” – surowe, gwatemalskie cygaro służące do odprawiania tradycyjnych majańskich obrzędów oraz zaplanowaliśmy dalszą podróż w kierunku Lago de Atitlan.

 

 

Choć w Meksyku mieliśmy okazję zobaczyć zaledwie przygotowania do Dnia Zmarłych, to typowo meksykański „Dia de Los Muertos” widzieliśmy już w San Diego. W Gwatemali Dzień Zmarłych wygląda i celebrowany jest natomiast zupełnie inaczej, o czym przekonaliśmy się właśnie w Santiago de Saqatepequez, dokąd zabrał nas Carlos a po powrocie do Antigua natknęliśmy się jeszcze na ogromną procesję niosącą symboliczną trumnę Jezusa w rytm granego przez orkiestrę marsza pogrzebowego.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Kodak Ektar 100 / Fuji Superia X-Tra 200

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *