Tikál.

 

„Tikál.”
Tikál, Gwatemala.

 

 

Po opuszczeniu Lago De Atitlan skierowaliśmy się w stronę Guate City by spędzić tam krótką noc i ruszyć dalej na północny wschód kraju. Z samego rana udaliśmy się więc na terminal autobusowy Linea Dorada i zakupiliśmy bilety na 12-godzinny rajd autokarem przez Gwatemalę. Tak, 12-godzinny.

Z jasnych przyczyn autobusy nie jadą wprost do Parku Narodowego Tikal lecz do położonego na obrzeżach Flores terminalu Santa Elena. Z Flores do Tikal pozostaje nadal ponad 60 kilometrów, które dawno po zachodzie słońca zmuszeni byliśmy pokonać taksówką.
Na prawdę nie wiem czy istnieje inna możliwość dotarcia do Tikal z Guate City w ciągu jednego dnia – nie licząc być może szybkiego lotu samolotem. Niestety dla nas, trasa autokarem przeciągała się w nieskończoność z powodu kilku pokaźnej długości korków.
Gdy minęliśmy Lago De Izabal i podążaliśmy wzdłuż granicy z Belize słońce już chowało się za horyzontem – a znaczyło to dla nas tyle, że bramki do Tikal właśnie były zamykane. Wewnątrz Tikal zarezerwowaliśmy wcześniej swój nocleg (Tikal Inn), więc pozostanie na Flores do dnia następnego nie wchodziło w grę. Wsiedliśmy więc do wspomnianej taksówki i ruszyliśmy w mrok dżungli nie wiedząc zupełnie co nas czeka.

 

 

Ta godzinna jazda taksówką była bodajże najbardziej przerażająco-eksytującym doświadczeniem jakie do tej pory miałem. Złożyło się na to kilka rzeczy, które zdążyliśmy zaobserwować wcześniej w Guate City i które jasno potwierdziły, że Gwatemala może być bardzo niebezpiecznyn miejscem. Jednocześnie wjeżdżaliśmy w jeden z najbardziej magicznych rejonów świata, z gęstą dżunglą wokoło, księżycem w pełni wiszącym nad nami i błyskającymi w światłach samochodu znakami drogowymi ostrzegającymi o obecności jaguarów.
Patrząc w chłodną ciemność wypatrywałem więc żółtych ślepi myśląc jednocześnie o tym jak niesamowicie tu jest ale też czy przypadkiem zaraz nie zatrzymamy się pośrodku niczego i milczący przez całą drogę taksówkarz nie wypowie w końcu słynnego „Plata o plomo?”. Zostalibyśmy wtedy bez niczego w tej malowniczej scenerii jak z nokturna. I prawdopodobnie dopiero wtedy z mroku nocy wyłoniłyby się żółte ślepia.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło i wkrótce dotarliśmy do bramy wjazdowej Parku Tikal. Stróż spisał numery taksówki, podniósł szlaban i wyjaśnił, że do centrum Tikal oraz naszego hotelu wciąż jeszcze mamy 20km. To był moment, w którym znacznie się uspokoiliśmy, bo wiedzieliśmy już mniej więcej gdzie jesteśmy oraz, że ktokolwiek poza naszym kierowcą wie o naszej obecności. Co jednak zaczęło mnie niepokoić to fakt, że zostaliśmy przepuszczeni przez pierwszy checkpoint bez posiadania biletów do parku. Albo więc upiekło się nam dlatego, że przyjechaliśmy po zmroku albo będziemy musieli je kupić przy drugim checkpoincie nieopodal naszego Tikal Inn. O czym jednak nie pomyślałem, to opcja trzecia, czyli, że zwyczajnie nie wpuszczą nas do parku na drugim checkpoincie i zmuszeni będziemy wracać 20km przez dżunglę by zakupić bilety, gdy biuro zostanie otwarte wczesnym rankiem. Tak czy owak wiem, że tej nocy przybyło mi sporo siwych włosów.

 

 

Tikal Inn przywitało nas czystym pokojem pozbawionym prądu, w którym spędzić mieliśmy tę jedną krótką noc by móc załapać się na wschód słońca. Zanim jednak poszliśmy spać, uzbrojeni w czołówki, zrobiliśmy jeszcze mały rekonesans po okolicy. Dotarliśmy pod drugi checkpoint z zamiarem przemknięcia się na chwilę do parku ale zbyt podekscytowani dźwiękami dobiegającymi z dżungli oraz setkami par malutkich oczu odbijającyh światło naszych latarek daliśmy się zauważyć strażnikowi, który poprosił nas grzecznie o powrót do hotelu.

Gotowi na wschód słońca wytoczyliśmy się z pokoju kilka godzin później i właśnie wtedy przekonaliśmy się, że na drugiej bramce nie da się kupić biletów i zmuszeni jesteśmy wcielić w życie opcję numer 3, czyli powrót do pierwszego checkpointu. Zagadaliśmy szybko kierowcę busa, który przywiózł jedną z grup czy nie raczyłby nas podwieźć pod główną bramę i zabraliśmy się z nim by opłacić nasz wstęp do parku.
Tyle kombinowania przełożyło się na całkiem ekscytujący dzień w Tikal ale jednocześnie w całej tej bieganinie ominął nas tak wyczekiwany wschód słońca. Wygląda też na to, że prostszą i z pewnością tańszą opcją było zwykłe przeczekanie nocy we Flores i wyjazd z rana do Tikal jakąś formą transportu zbiorowego. Wiem jednak, że bez dreszczyku emocji nie byłoby to już to samo. I z całą pewnością ominęłoby mnie niespodziewane spotkanie z krokodylem na tyłach naszego hotelu.

A na koniec może słowo o samym mieście Majów – n i e s a m o w i t e.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Fuji Superia X-Tra 200

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *