Snowdon.

 

„Snowdon.”
Snowdonia National Park, Walia.

 

 

W piątek 18 maja załadowałem cały swój sprzęt kempingowy na wiernego Heralda i prosto po pracy ruszyłem w stronę Snowdonia National Park. Prawie 200 kilometrową trasę wiodącą w większości północnym wybrzeżem Walii zakończyłem po ok 4 godzinach w Rhyd Du, gdzie nad Lake Cwellyn dołączyli do mnie jadący samochodem Paulina, Natalia i Piotrek.

Nasz zielony namiot ostatni raz widział świat spod szczytu Mt. Fuji, więc chyba dobrze zrobiło mu małe wietrzenie tym razem u stóp Snowdona. Noc zapowiadała się zimna, ale czyste gwieździste niebo robiło na każdym z nas ogromne wrażenie oraz zapowiadało wyśmienitą pogodę nazajutrz.

 

 

O Snowdonie po raz pierwszy dowiedziałem się czytając na temat Edmunda Hillary’ego – pierwszego człowieka, który stanął na szczycie Mt. Everest.
Mt. Snowdon, leżący w sercu walijskiego Parku Narodowego szczyci się skromnymi 1085 metrami wysokości, co czyni go zaledwie małym pagórkiem w porównaniu do Czomolungmy ale to właśnie tu Hillary wraz z Tenzingiem Norgayem trenowali swe podejścia przed ekspedycją.  Lata przed nimi, swe górskie doświadczenie zdobywała tu także inna ikona Everestu – George Mallory.

 

 

Przy pięknej pogodzie, czyli dokładnie takiej jaka trafiła nam się w ten majowy weekend, zdobycie Snowdona nie stanowi prawie żadnego wyzwania. Na szczyt prowadzi aż 8 szlaków – od krótkich i łatwych, przystosowanych dla naszych rodzimych klapkowiczów z Giewontu, po nieco dłuższe i bardziej wymagające z robiącą też wrażenie ekspozycją. Na odważnych czeka np Crib Goch – ostra jak nóż (bądź grzbiet smoka) grań, która stanowi największe wyzwanie w drodze na szczyt. Leniwi natomiast ucieszą się na myśl o wąskotorowej kolejce kursującej pomiędzy turystycznym Llanberis a wierzchołkiem góry.

Jak widać na każdego czeka coś dobrego a po wejściu na szczyt jednym szlakiem zejście urozmaicić sobie można schodząc którymś z pozostałych.

 

 

Rozpoczynając nasz trekking z nad jeziora Cwellyn, gdzie rozbiliśmy nasz obóz zdecydowaliśmy, że ruszymy południowym szlakiem zwanym Rhyd-Du Path.
Uchodzący za jeden z dłuższych lecz jednocześnie łagodniejszych szlaków ma swój interesujący fragment tuż przed szczytem, gdzie przez chwilę trzeba trawersować dość mocno eksponowanym zboczem góry. Dużym plusem szlaku Rhyd-Du jest też to, że nie jest przesadnie oblegany. Na wspomnianym, trudniejszym odcinku wydawało nam się, że jednak jest, ale gdy tylko zobaczyliśmy co dzieje się po drugiej stronie szczytu, z ulgą odetchnęliśmy, że nie przyszło nam wspinać się od północy.

 

 

Na szczycie skusiliśmy się na zimne piwo serwowane w najwyżej położonej restauracji w Anglii i Walii razem wziętych i, korzystając z jakże rzadkiej pięknej pogody, postanowiliśmy złapać trochę wiosennego słońca.

Powrót zaplanowaliśmy szlakiem Snowdon Ranger Path i bez większych przygód dotarliśmy z powrotem nad jezioro, gdzie czekały nasze namioty.

 

 

Dzień wcześniej, w drodze z Manchesteru do Rhyd Du przepaliła się żarówka w przedniej lampie mojego Heralda i z oczywistych względów ta mała awaria zablokowała mój wieczorny powrót do domu wraz z Pauliną, Natalią i Piotrkiem. Na szczęście zostało nam trochę zapasów jedzenia, więc bez problemów spędziłem kolejną noc pod namiotem i o poranku, po spakowaniu całego sprzętu, zabrałem się w drogę powrotną.
Tym razem, unikając dróg szybkiego ruchu, wybrałem trasę lokalnymi drogami na wschód od Rhyd Du i niespiesznie jadąc przez urocze walijskie miejscowości delektowałem się pięknymi widokami wokoło aż dotarłem do domu.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Fuji Superia X-Tra 200

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *