Seoul Story.

 

„Seoul Story.”
Seul, Korea Południowa.

 

 

Korea jest jednym z tych państw, do których często powracam w myślach. Lubię nazywać je tym najbardziej egzotycznym spośród odwiedzonych. Nie pod kątem klimatu, jak zwykło się nazywać egzotykę, ale pod kątem odmienności od tego co znamy na codzień.

Prawdopodobnie każdy z nas wie cokolwiek o Chinach, podobnież jest z Japonią. To państwa wielce odległe od naszego, stanowi między nami przepaść zarówno dosłownie w formie dystansu ale także totalnej odmienności kulturowej. Mimo to przeciętny Polak zna pewne obyczaje, upodobania bądź nawet jakiś wycinek z historii tych narodów. O Korei Południowej nie wiemy natomiast praktycznie nic. I żeby nie było, że puszczam słowa na wiatr – wyszukując dzisiaj (tj. 28. grudnia 2018) hasło „Korea Południowa” w wyszukiwarce Google otrzymalibyśmy zaledwie 96 tysięcy odniesień, podczas gdy Japonia 26 miałaby milionów a Chiny aż 52 miliony linków. Hasło „Polska” ma dla porównania 1 miliard 150 milionów.

 

 

Decyzja o krótkiej wizycie w Korei podczas dłuższej podróży do Chin padła w zasadzie przypadkowo, podczas wyszukiwania tanich lotów. Oczywiście hasło „Korea” kojarzyło mi się bardzo dobrze, bo od dłuższego czasu podziwiałem kino Park Chan-Wooka i Kim Ki-Duka, więc w naszym przypadku nie był to totalny strzał w ciemno. Miałem też sentyment do tego państwa z powodu pewnego dziecięcego wspomnienia.

Gdy byłem mały, uwielbiałem składać klocki Lego. Pamiętam doskonale swój pierwszy zestaw złożony się z jednego ludzika i czerwonego bolidu przypominającego formułę 1. Takie samochody jako dzieci zwykliśmy nazywać „Wyścigówkami”, dziś chyba po raz pierwszy używam tego słowa w zdaniu pisanym.

Pamiętam też kolejne zestawy, spośród których moje ulubione stanowiły zestawy pirackie. I tutaj właśnie historia ta zahacza od Koreę, gdyż mój Tata miał kolegę Koreańczyka. Niestety nikt nie jest w stanie podać mi jego imienia i nazwiska, ale mama pamięta, że „bardzo dużo palił”. I tenże Pan Koreańczyk podarował mi pewnego dnia zestaw Lego do mojej kolekcji z Piratami. Wciąż też pamiętam który dokładnie.

I w ten sposób Korea na trwałe utkwiła w mojej głowie w wieku lat czterech, mimo, że nic o niej nie wiedziałem ani wtedy ani jeszcze przez długie lata.

 

 

Wróćmy jednak do podróży. Do Korei Południowej dostaliśmy się 10 września 2010 roku na pokładzie China Southern lecąc z Szanghaju do położonego nad błotnistą zatoką Incheon. O Incheon nie mogę wiele napisać, gdyż zaraz po wylądowaniu na największym i najnowocześniejszym lotnisku, jakie mieliśmy przyjemność odwiedzić, wsiedliśmy w kolejkę i ruszyliśmy do Seulu. Niedługo po powrocie uzupełniłem jednak swoją wiedzę o niezbędne fakty z Wojny Koreańskiej a jednym ze źródeł była książka komandora amerykańskiej marynarki, Eugene Franklina Clarka, pt. „Tajemnice Inczhon” („The Secrets of Inchon: The Untold Story of the Most Daring Covert Mission of the Korean War”, 2002).

Seul przywitał nas deszczem oraz ciemnością rozświetloną neonami i gigantycznymi ekranami reklamowymi. Już Chiny sprawiały momentami, że czułem się jak na planie „Łowcy Androidów„, a Seul podniósł to wrażenie do potęgi.
Wciąż jeszcze był to czas kiedy wydawało nam się, że podróżowanie w ciemno jest dobrym pomysłem. Pisząc w ciemno, mam na myśli brak zarezerwowanego noclegu i konkretnego planu pobytu. Już na lotnisku dowiedzieliśmy się jednak, że celnicy niezbyt przychylnie patrzą na pustą rubrykę pod miejscem pobytu w formularzu imigracyjnym a po wyjściu z metra na Seoul Station odkryliśmy dlaczego.

Kręcenie się z bagażami po jednej z najruchliwszych dzielnic miasta zdawało się nie mieć końca a każdy odwiedzony hotel okazywał się być pełny. Zmęczni i zrezygnowani włóczyliśmy się w zasadzie bez celu do momentu aż zostaliśmy zaczepieni przez kobietę znającą tylko jedno słowo po angielsku. Szczęśliwie dla nas tym słowem był „hotel” i cudem ominęło nas nocowanie w jakimś przejściu podziemnym, by chociaż nie zmoknąć.

Po ustaleniu na migi kwoty 30 000 wonów za noc zostaliśmy umieszczeni w bardzo tradycyjnym pokoju bez zamka w drzwiach, udogodnieniem natomiast był telewizor, butelka oliwki do ciała i papier toaletowy. Pokoje w budynku zdecydowanie służyły innym formom relaksu niż ta, której aktualnie potrzebowaliśmy, czyli snu.

 

 

Po nocy spędzonej w burdel-hoteliku, gdzie nie zmrużyliśmy oka dygotając ze strachu by ktoś nie wyciął nam nerek („Pan Zemsta„) z pomocą przyszedł nam David Hwang – miejscowy katecheta. Nie było to jednak takie proste, bo był chyba 30-tą osobą zaczepioną przez nas na ulicy, która odpowiedziała pozytywnie na pytanie czy mówi choć trochę po angielsku. Zabawne, bo pierwsze o co nas zapytał, to jaką religię wyznajemy.

Najwyraźniej dzięki prawidłowej odpowiedzi David znalazł nam nowe lokum na najbliższe pięć nocy a w zamian musieliśmy tylko uczestniczyć w lekcji katechezy z małą grupką Koreańczyków i zaśpiewać wspólnie kilka piosenek. Gdyby nie to, że wciąż bałem się czy po tym wszystkim nadal nie wytną nam nerek, to doświadczenie było całkiem interesujące. I, pomimo, że nigdzie do tej pory nie widziałem większych karaluchów a woda była wyłącznie zimna, przynajmniej mieliśmy dach nad głową.

 

 

Kościołów chrześcijańskich w centrum miasta było prawdziwe zatrzęsienie. Na myśl o Seulu przychodzi mi scena z „Brudnego Harry’ego„, w której Callahan szykuje zasadzkę na seryjnego mordercę pod olbrzymią, neonową instalacją z napisem „Jesus Saves”. Myślałem, że takie akcje promocji kościoła mogą mieć miejsce tylko w Stanach Zjednoczonych – i w jakim ja błędzie żyłem. W naszym kraju te dwa elementy mogą wystąpić tylko w przypadku szyldu apteki, podczas gdy tutaj neonowe krzyże zdobiące kościoły zdawały się być znakiem rozpoznawczym miasta.

Kolejnym skojarzeniem z Brudnym Harrym były ulice, przywodzące swą stromizną na myśl San Francisco. Z pozoru Seul wygląda na całkiem płaskie miasto, ale to rzeczywiście jedynie pozory – Korea to kraj w większości górzysty a samą stolicę otacza kilka mniejszych lub większych szczytów. Jeden z dni poświęciliśmy na zapoznanie się z Górą Namsan – chyba najbardziej ikonicznym szczytem miasta ozdobionym wieżą komunikacyjną N Seoul Tower.

 

 

Za inny z klasycznych obrazów Seulu mogłbym uznać widok składanych w garażu motocyklowych dostawczaków oraz gangi bikerów niemal żywcem wyjętych z „Akiry„. Motocykl w Europie to wciąż swego rodzaju luksus, weekendowa odskocznia od samochodu – koniecznie z dużym silnikiem i wypolerowanymi chromami. Azja to z kolei motocyklowy raj, gdzie królują małe i średnie pojemności a „motor” to koń roboczy użytkowany non stop – modyfikowany najczęściej wg potrzeb i zastosowania, nie zaś dla walorów estetycznych docenianych podczas dorocznego zlotu gdzieś pod Piasecznem.

 

 

Kiedyś nie mogłem też do końca uwierzyć, gdy znajoma z USA opowiadała jak to niby znani projektanci podpatrują styl młodych Koreańczyków by później wprowadzać niektóre elementy do własnych kolekcji – choć osobiście nie posuwałbym się do takich twierdzeń, to w głębi czuję, że może w tym tkwić ziarnko prawdy. Oczywiście nie ujmuję niczego Japończykom, którzy definitywnie są podpatrywani ale, faktycznie, Koreańczycy potrafią się naprawdę świetnie ubrać i „świetnie” nie znaczy tu dziwacznie jak w przypadku sąsiadów z wysp. W niewielkich, odzieżowych butikach znaleźć mogliśmy mnóstwo wyrobów Made in Korea a większość tylko w jednym rozmiarze i po jednej sztuce. Spacerując po Myeongdong mogliśmy się też nieźle obkupić za na prawdę małe pieniądze – mimo, że z naprzeciwka napierały witryny wielkich marek jak Chanel czy Louis Vuitton.

 

 

Choć lecąc do Korei liczyłem na skosztowanie żywej ośmiorniczki niczym w „Oldboyu„, bariera zarówno językowa jak i finansowa zablokowała wszelkie chęci spróbowania czegokolwiek bardziej nietypowego od słynnych pierożków mandu, którymi „zajadał się” bohater koreańskiego filmu. Stołowaliśmy się w lokalnych knajpkach wybierając głównie Donkkaseu, będący odmianą japońskiego Tonkatsu, czyli po polsku, kotletla wieprzowego z ryżem i surówką. Pierwszy raz zaserwowała go nam urocza pani w małej knajpce nieopodal naszego drugiego hotelu i tak już zostało. Biorąc przykład z młodych Koreańczyków kosztowaliśmy na ulicy lokalnych gofrów i panierowanych kurczaków, po których niestety Paulina się trochę rozchorowała a śniadania z racji skromnego budżetu kupowaliśmy w 7-Eleven, gdzie młody sprzedawca przyjmował i wydawał pieniądze wyciągając obie dłonie z jednoczesnym ukłonem, co było jednym z najładniejszych gestów jakie kiedykolwiek widziałem. Kimchi niestety nie trafiło wówczas w nasze gusta, ale co ciekawe, wkrótce po powrocie chcieliśmy spróbować jej ponownie i dzisiaj uwielbiamy koreańską, pikantną kapustę a raz udało nam się nawet przyrządzić wielki słoik własnej.

 

 

Korea zaskoczyła nas pod wieloma aspektami zmieniając też wiele w naszym sposobie podróżowania. Już nigdy więcej nie polecieliśmy nigdzie totalnie w ciemno a po tym, gdy cudem udało nam się zdążyć na samolot (miał spore opóźnienie – w przeciwnym razie odleciałby gdy my jeszcze siedzieliśmy w metrze) zawsze zostawiamy sobie konkretnie wymierzoną rezerwę. Nigdy więcej nie olaliśmy też tak ważnego elementu przygotowań jak research. Nie dlatego, że coś poszło nie tak lub byliśmy rozczarowani – wręcz przeciwnie, przygoda była świetna a w innym wypadku nie miałbym nawet czego wspominać. Odkryliśmy jednak jak wiele mogliśmy zyskać robiąc porządne rozeznanie przed podróżą.
Chyba dlatego właśnie Korea Południowa na długo jeszcze pozostanie na jednym ze szczytowych miejsc, do których chciałbym jeszcze wrócić. Tak bliska mi już a jednak nadal odległa i wciąż jakoś nie po drodze. A wystarczyłoby przecież tylko kupić bilet i ponownie zmierzyć się z egzotyką tego pięknego kraju na krańcu świata.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Hasselblad 500CM + Fuji Provia 100F / Kodak Portra 160NC / Ilford Delta 100
Fed 5B + Expired Fuji Neopan 1600

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *