Sardinia by Car.

 

„Sardinia by Car.”
Sardynia, Włochy.

 

2018 był dziwnym rokiem jeśli chodzi o nasze podróżnicze plany. Był to pierwszy rok od wielu, wielu lat, kiedy nie wyruszliśmy nigdzie daleko i jednocześnie nie udało nam się nawet w pełni wykorzystać przysługujących urlopów. Niecały tydzień na Lanzarote i 7 dni na Sardynii to wszystko co w tym roku zorganizowaliśmy i przyznam, że pod koniec wielce nam to doskwierało. Podróżowanie jest jak narkotyk a próby jego odstawienia mogą prowadzić do ciężkiej depresji, chorób psychicznych a w skrajnych przypadkach nawet do zgonu. Jest w tym odrobina prawdy i głód podróżowania zna chyba każdy, kto choć raz opuścił swe rodzinne gniazdko.

Nasz sposób podróżowania zmienił się znacznie od czasu pierwszego dalekiego tripu, więc od każdego kolejnego wyjazdu oczekujemy coraz więcej i więcej. Prawdę powiedziawszy, choć wiem, że to błędne rozumowanie – czasu spędzonego na Lanzarote czy właśnie na Sardynii nie liczę nawet jako podróży. Dalej wszystko ogarnialiśmy sami, wciąż byliśmy w ciągłym ruchu i nie marnowaliśmy ani minuty na siedzenie przy basenie (rzadko kiedy mamy przyjemność korzystać z takich luksusów!) – takie tripy to jednak zdecydowanie za krótko, by nazwać je podróżami. Nim się obejrzeliśmy trzeba było wracać. Na horyzoncie czekała zaś tym razem pustka, bo Paulina w zaawansowanej ciąży i żadne eksploracje wulkanów, motocyklowe rajdy czy zwykłe, kilkudniowe trekkingi przez dżunglę nie wchodziły w grę. Więc odpuściliśmy polowania na bilety, zostaliśmy w domu i oczekiwaliśmy na nowego członka rodziny, który miejmy nadzieję, zechce dołączyć do naszej małej ekipy, gdy tylko stanie na nogi. Zaległy urlop spędzić mi przyjdzie natomiast w pojedynkę dopiero w marcu – na kanapie mojego małego motocykla w drodze do północnej Afryki i z powrotem.

Nasz czas spędzony na Lanzarote z czasem na Sardynii łączył jeden współny element. Był nim mały Fiat 500. Podróż wynajętym samochodem to coś, czego nigdy wcześniej nie uskutecznialiśmy a okazało się, że nawet sprawiło nam frajdę. Słowo „samochód” mogłoby więc zostać hasłem podsumowującym nasz rok 2018.

 

 

Po wylądowaniu na lotnisku w Cagliari odebraliśmy kluczyki w polecanym przez Piotrka i Natalię stanowisku „Sicily by Car” (sic!) i ruszyliśmy na zachód do malutkiej miejscowości Piscinas, gdzie mogliśmy się zatrzymać w domu jednej z trzech włoskich koleżanek, które mieliśmy w planach odwiedzić.

Piscinas pachniało i zachowywało się jak Janowice, gdzie mieszka cała moja rodzina od strony ojca i gdzie zwykłem spędzać niemal każde lato swojego dzieciństwa. To taka mieścina z jednym sklepem i pubem tuż obok kościoła, gdzie każdy zna każdego a w owocach prosto z sadu wciąż można znaleźć robaka. Nie wiem czy Janowice nadal są takie, jakimi je zapamiętałem, ale Piscinas doskonale odpowiadało temu opisowi. Na podjeździe w domu Federici stał nawet stary Defender jej ojca przywodzący mi na myśl Żuka, którym wujek Marek zwykł wozić mnie na polowania i karmić ryby w stawach. Na stawach pod Janowicami, oprócz całej gamy innej fauny, często zdarzało nam się zaobserwować białe czaple – dziś podobno dość rzadkie. Niedaleko Piscinas, na pobliskie Stagno di Porto Botte sezonowo przylatują natomiast flamingi, które podglądaliśmy z brzegu pierwszego wieczora do momentu aż komary postanowiły zrobić sobie z nas ucztę.

 

 

Na zachód od Cagliari, poza swojskim Piscinas, odwiedziliśmy też urocze Porto Pino, pojechaliśmy też nieco dalej na północny-zachód w kierunku Porto Flavia oraz wdrapaliśmy na wzgórze Sa Pranedda skrywające nekropolis z trzeciego tysiąclecia przed Chrystusem. Na koniec odwiedziliśmy nawet mechanika w Giba, gdy padł jeden z cylinderków hamulcowych. Po dwóch dniach spakowaliśmy manatki i mijając znów Cagliari ruszyliśmy tym razem na północny-wschód.

 

 

Spędziliśmy dwie noce na campingu nieopodal Tertenii, tuż nad brzegiem Morza Śródziemnego przy urokliwej plaży Tesonis. Zaznaliśmy odrobiny słońca, skosztowaliśmy nieco lokalnej kuchni a nawet udało mi się (prawie) zdobyć szczyt pobliskiej Monte Cartuceddu. Był dosłownie na wyciągnięcie ręki ale deszcz i ostatnie dwa metry mokrej skały nie chciały współpracować z moimi śliskimi tenisówkami. Na dole natomiast zatrzymali mnie na dłuższą chwilę carabinieri szukający kogoś, kto naruszył teren pobliskiej bazy wojskowej. Owszem, mam zdjęcia bazy, które zamierzałem sprzedać ruskim szpionom i wdrapałem się nawet na radar umieszczony w górach ale to najwyraźniej nie mnie szukali, skoro dali mi odejść wolno, gdy tylko Paulina przybiegła z paszportem.

 

 

Z Tertenii skierowaliśmy się dalej na północ tym razem w kierunku szeroko polecanego wąwozu Gola di Gorropu. Przepiękne widoki umilały górską jazdę skłaniając co chwilę do myślenia jak wspaniale byłoby odwiedzić Sardynię na motocyklu. Gola di Gorropu natomiast przeszła moje wszelkie oczekiwania – gdyby nie nadciągająca burza, w samym wąwozie mógłbym spędzić godziny lawirując między wielkimi, wapiennymi głazami. Gdy rozpętała się burza byliśmy już u kresu trasy i wielką frajdę przyniósł nam powrót Defenderem do miejsca, gdzie zostawiliśmy naszego małego Fiata.

 

 

Po Gorropu ruszyliśmy dalej przed siebie raz po raz zjeżdzając i wjeżdżając górskimi serpentynami aż dotarliśmy do Galtelli, gdzie mieszkają Giulia i Vanessa, pozostałe Sardynianki, z którymi miałem przyjemność pracować. Galtelli powitało nas romantycznym klimatem starego, włoskiego miasteczka i choć nie zabawiliśmy tam długo, miło będziemy wspominać to miejsce.

 

 

Powrót poszedł całkiem gładko, tym razem wskoczyliśmy na autostradę by zaoszczędzić zarówno czas jak i własną energię i po kilku dniach jazdy po Sardynii byliśmy z powrotem w Cagliari. Mając zaledwie pół dnia na zwiedzenie miasta ograniczyliśmy się jedynie do spaceru po starówce oraz wizyty w ogrodzie botanicznym i rzymskim amfiteatrze.
Nazajutrz, na trzy godziny przed odlotem czekała nas najmniej przyjemna niespodzianka, jaka kiedykolwiek się nam przytrafiła w podróży – z parkingu zniknął samochód z naszymi cennymi kurtkami, które zostawiliśmy w bagażniku. By nie owijać niepotrzebnie w bawełnę napiszę tylko, że koniec końców okazało się, że Fiata 500 odholowano, bo tego poranka parkowanie w tym miejscu było niedozwolone. Zamiast jednak przyjść od razu po rozum do głowy pojechaliśmy najpierw z właścicielem naszego hotelu do biura wypożyczalni zgłosić kradzież, potem na posterunek policji a na końcu zgarnęliśmy z lotniska kolejnych gości jego hotelu (pozdrawiam rodaków!) i dopiero odebraliśmy biednego Fiata 500 z miejskiego parkingu płacąc słony mandat i uiszczając równie niemałą opłatę za holowanie. Cała misja zakończona została sukcesem na zaledwie kilka minut przed zamknięciem bramek i mam wielką nadzieję, że od tego momentu na znaki będziemy zwracać baczniejszą uwagę.

 

 

Fot. Kordian Handzlik
Pentax LX + Fuji Superia X-Tra 200
Hasselblad 500CM + Fuji Pro 160NS

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *